Szlag

Ideał. Każdy chce go osiągnąć. Idealny wygląd. Idealny dom. Idealna praca. Idealne życie. Idealne zainteresowania i umiejętności. Idealny partner i dzieci.

Żadne tam fałdki na brzuchu i pod brodą. Żadny tam codzienny wkurz, że brak odwagi na zmianę pracy. Żadne tam parówki z keczupem i usyfiony piekarnik. Żadne tam lenistwo i brak chęci. Nic z tego nie przejdzie, a jeśli do tego dochodzi trzeba koniecznie zamieść ten fakt pod dywan.

Nie wiem, może tak się da. Może jest to możliwe. Może zwyczajnie zrzędzę jak ta stara baba. Cóż, z ideałów mam tylko dzieci. Banał, ale jakże prawdziwy. Staram się i chyba zbyt wysoko stawiam poprzeczkę, a później sobie wyrzucam, że nie chciało mi się ćwiczyć gdy w końcu oboje śpią, bo wolałam obiad zrobić lub pranie powiesić. Bo od perfekcjonizmu dawno odeszłam, choć wciąż do niego aspiruję. Bo tak jakoś mi w życiu wyszło, że postawiłam na rodzinę a nie karierę. Bo zamiast szyć na zamówienie lub pisać dla kasy robię to hobbystycznie.

Ideał. Szlag to.

Xoxo,

Mum

Matka

Nie jestem jedną z tych ig matek. Nie umiem pozować do zdjęć, nie potrafię robić perfekcyjnych fotek wnętrz i zwyczajnie brakuje mi czasu na latanie z aparatem.

Nie jestem też jedną z tych bywających matek. Jasne, staram się ruszać gdzieś z Bąkami, ale wciąż czuję się w tej logistyce słabo. Zwyczajnie wolę jechać do rodziców do domu, wypuścić Jerzynę na ogródek niż jechać gdzieś na plac zabaw czy szwendać się po kawiarniach (co teraz jest w zasadzie niewskazane- bo unikamy urazów przez ten złamany obojczyk, więc ogródek dziadków jest jedyną sensowną alternatywą w te upały).

Nie łazimy też na żadne darmowe dzieciowe eventy, których jest, bez kozery, całe mnóstwo w Warszawie, bo nie lubimy. Nie lubimy tłumów, hałasu i problemów z parkowaniem. Jesteśmy dziki, jak to mówią moi rodzice, nie nadajemy się do ludzi.

Nie jestem matką, która może wytrzymać w syfie. Bałagan mnie męczy, męczą mnie okruszki na podłodze i kurz na zabawkach Jurka. Męczy i dręczy. Wolę nie spać i umierać z przemęczenia niż pozwolić by syf królował w domu.

Nie jestem też luzacką matką, oj nie. Ja raczej z tych, co to kij połknęli. Trudno mi się zapomnieć, pobrudzić, wytarzać w piachu czy leżeć w trawie- mam alergię na polne chwaścidła i nie znoszę owadów, taki ze mnie prosty, miastowy człek, żadna tam romantyczna dusza.

Nie jestem matką kumpelą. Jestem rodzicem i moje dziecko ma się mnie słuchać i przestrzegać zasad, które ustaliłam. Nie daję sobą rządzić, co nie znaczy, że nie słucham tego, co moje dziecię ma do powiedzenia.

Nie jestem też matką bijącą. Co to, to nie. W życiu nie podniosę ręki na moje dziecko i nie pozwolę innym tego zrobić. Jestem matką lwicą, co to rozszarpuje wszystko i wszystkich, którzy zagrażają jej dziecku.

Chciałabym bardziej wyluzować, mniej się martwić. Popłynąć tym macierzyństwem. Chciałabym, ale jakoś wciąż się boję, wciąż powstrzymuje mnie logistyka i strach przed ostracyzmem społecznym. Karmię Hankę na placu zabaw, ale tego nie lubię. Nie chcę jechać z nimi na zakupy do supermarketu, wolę kupować przez internet. Nie chcę jechać do centrum na spacer, wolę ogródek rodziców. Nie chcę, ale czasem bym chciała. I weź mnie tu zrozum.

Xoxo,

Mum

Duża dziewczynka

Każdy poród jest inny. W jeden zaczynasz wierzyć dopiero, gdy jedziecie na porodówkę, bo wcześniej nie byłaś pewna czy to, co czujesz to skurcze. A drugi zaczynasz na pasach dla pieszych, gdy odchodzą Ci wody w drodze do piekarni. Pytanie:”Mamo, czemu się zsiusiałaś?” zadane zbyt głośno na ulicy przez Twoje rezolutne dziecko może być krępujące. Ja już o tym wiem.

Drugi raz, nie żeby pierwszy taki nie był, jest szybszy, łatwiejszy i jak się okazuje bardziej bolesny. Nie będę wdawać się w szczegóły, jednak skurcze porodowe i te, obkurczające macicę po porodzie, za drugim razem są dużo silniejsze.

Szybko do siebie doszłam po pojawieniu się Hanki. Dużo sprawniej mi to poszło niż z Jerzyną. Myślę, że to dzięki temu, że Hania od razu załapała jak sobie radzić z jedzeniem… Z Jurkiem walczyliśmy cztery miesiące, by się udało go dobrze przystawić. Jestem teraz sześć tygodni po porodzie. Wyglądam jak przed ciążą (czyli jak lubiąca słodycze kura domowa), czuję się za to znacznie lepiej. Psychicznie mi lżej, choć przecież fizycznie bywa trudniej.

Według teorii mojego Małżonka chyba w końcu dojrzałam. Może coś w tym jest. W zasadzie wypadałoby żeby siedem lat po ślubie i będąc matką dwójki dzieci być w miarę dorosłą.

Xoxo,

Mum5

Four of us

Życie po porodzie jest łatwiejsze. Tak przynajmniej mi się zdawało, gdy byłam jeszcze w ciąży…

No i faktycznie bywa łatwiej… Łatwiej, bo nie trzeba sie martwić, że jak się za dużo siat z auta weźmie naraz to można zaszkodzić maluchowi w brzuchu i w razie pobytu w szpitalu zostawić starszaka bez mamy na niewiadomo jak długo… Łatwiej, bo ma się już świadomość wypełnionego planu rozpłodowego i teraz ma być już tylko lepiej… Łatwiej, bo po pierworodnym wie się już z czym to się je… I w końcu łatwiej, bo starszak w końcu idzie do przedszkola, więc Ty zostajesz sama z tylko jednym, nie uciekającym wszędzie, dzieckiem.

Ale zawsze pojawia się jakaś terra incognita, bo każde dziecko jest inne. Pojawia się problem, bo co robić z maluchem, gdy ten jeszcze mniejszy maluch chce jeść (i to jeść cały czas, skakać z jednego cycka na drugi i spowrotem…)? Jak poradzić sobie z wyrzutami sumienia, których przecież miało nie być, bo to normalne, że Jerzynka będzie mnie miał mniej i przecież jakoś się przyzwyczai? Jak radzić sobie w straszne upały, gdy Twój, już, niemowlak obrasta w fałdki, które chętnie się odparzają? Jak zagospodarować czas trzylatka (prawie trzylatka) w taką pogodę, gdy akurat teraz, właśnie przed pójściem do przedszkola, rozpoczęciem treningów w nowym klubie (Legiaaaaaaa!!!) i wyczekanymi wakacjami nad morzem, on złamie obojczyk?

Bywają chwile, gdy mam chęć się z tego wypisać. Bywają momenty, gdy warczę na wszystkich z bezsilności, zmęczenia i niewyspania.

Bywają. Przychodzą i odchodzą. Są wciąż rzeczy, których nie opanowałam, których strona logistyczna mnie obezwładnia- ale jest ich z czasem coraz mniej. Coraz łatwiejsze jest to życie w czwórkę, coraz weselsze i, na pewno, bardzo głośne. Mi odpowiada.

Xoxo,

MumF

Darcie japy

Krzyki, wrzaski, tupanie nogami i machanie rękami. Plus w gratisie rzucanie się na ziemię aka bezwładne opadanie, gdy akurat trzymam za jakieś odnóże. Tak u nas wygląda ostatnio codzienność. Średnio jedna awantura dziennie musi być.

Tak tak. Bunt dwulatka, wchodzenie w nową sytuację starszego brata, widmo przedszkola po wakacjach… Można wymyślić z dziesięć innych logicznych wyjaśnień. Fakt jest jednak taki, że darcie japy odchodzi u nas na całego.

Znam te wszystkie metody, znam teorię i praktykę. Mam za sobą ponad cztery lata pracy w przedszkolu i magistra z pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej plus magistra z socjologii (ze szczególnym naciskiem na socjalizację i socjologię wychwania). Znam też swoje możliwości i granice. Jest niełatwo, żeby tak lapidarnie to ująć. Niełatwo, bo ja też drę japę. Nie wytrzymuję. Nie jestem w stanie tego udźwignąć.

Raz na kilka dni po kilku minutowych prośbach, groźbach czy tuleniu puszczają mi nerwy, hamulce się odblokowują. Warczę i drę się. Jurka to całkowicie zwala z nóg. Wie, że przesadził i (chyba) wie, jak bardzo mi źle, że się nie powstrzymałam. Paradoksalnie moje załamanie prowadzi do natychmiastowego zamknięcia tematu. Rzucamy się sobie w ramiona i przepraszamy się. Mi łamie się serce, bo to dwuletnie Maleństwo, ten Wrażliwy Olbrzym, przeprasza mnie, że ja krzyczałam. Obiecuje, że już nie będzie, że już chce zrobić tak, jak ja chcę. Z jednej strony- mam poczucie fail’u, to mój słaby charakter doprowadził do takiego wzrostu decybeli w naszym domu, to moje rozdrażnienie, miałkość i beznadziejność.  Z drugiej strony, wrzask i protest narastałby, gdybym jakoś nie wytrąciła Jerzyny z tego stanu. Co lepsze? A co gorsze? Jak sobie z tym radzić?

Brak mi odpowiedzi.

Xoxo,

Mum

Ciążowe umilacze

Co umila mi czas w tej ciąży? Główną atrakcją jest oczywiście Jurek i, siłą rzeczy, umilam sobie czas zabawami z Moim Partyzantem… Pisałam już, że ciąża numer dwa, w moim przypadku, nie jest, podobnie jak ta pierwsza, stanem euforycznym, gdy z radością obserwuję zmieniające się ciało i rosnące nowe życie. Bardzo dotkliwie odczuwam ten stan błogosławiony, więc w pewnym sensie, zabawa i opiekowanie się rozbrykanym dwulatkiem wymaga heroicznego wysiłku. Dlatego staram się uskuteczniać w domu zabawy dywanowe (gdy mamusia leży) lub organizować spotkania z Jurka kumplami i kumpelami, kiedy to nie muszę w zabawach uczestniczyć, a spokojnie mogę nacieszyć się rozmową ze znajomymi mamami lub ojcami (czemu nie tatami?). Chodzimy też dużo po naszym osiedlu i na okoliczne place zabaw bądź do pobliskich kawiarni… Szczególnie nabierze to na sile, gdy pogoda łaskawie się nam w końcu poprawi.

Czytam. Czytam o wychowywaniu dzieci (ale nie o maluchach, jak w pierwszej ciąży, skupiam się na moim starszaku), o konsumpcjonizmie i romanse. Romanse czytam chętnie. Czytam artykuły na ulubionych blogach… Czytam o fajnych kawiarniach w okolicy o restauracjach i placach zabaw, czytam o zdrowym odżywianiu, o trendach zakupowych, recenzje książek i o zabawkach.

Oglądam seriale w internecie.

Zapisuję piny na pintereście i podglądam znajomych (i nieznajomych) na instagramie.

Kombinuję, jakie by tu poczynić zmiany wnętrzniarskie i później je realizuję w mniej lub bardziej szybkim tempie.

Biadolę, że nie mam się w co ubrać. Ładuję wirtualne koszyki w sklepach internetowych koniecznymi sztukami nowej odzieży, po czym robię escape ze strony z poczuciem, że w zasadzie to może nie ma sensu.

Znowu gotuję (wiwat trzeci trymestr) i chętniej konsumuję.

Jaram się Moim Mężem i Naszym synem.
A ostatnie dni jaram się tymi małymi śpioszkami, skarpetkami i bodziakami, które mamy dla Hani.

Strasznie nie mogę się jej już doczekać.

Xoxo,

Mum

31 tydzień w toku. Wyprawka dla położnicy

Wszystko, a w zasadzie prawie wszystko, mam już poprane. Poskładane i ułożone w szufladzie czeka na Pannę Hannę. Bo potwierdzone jest, że to Hanka, a nie Rysiek, siedzi w brzuchu. Jurek doczekać się nie może, powoli przywłaszcza sobie Hankowe gadżety, które uda mu się wygrzebać z komody. Wózek do serwisu niebawem poślemy. Pokrowce od fotelika i gondoli niebawem popiorę. Rożek i poszewki na dniach poszyję. W zasadzie wszystko jest. Wystarczy skręcić łóżeczko. Wystarczy zaprosić malarza i speca od tapet. Wystarczy spakować torbę.

Mam fazę na wicie gniazda… Gadżety dla siebie również już nabyłam. Co konkretnie?

Wyprawka dla położnicy (strasznie podoba mi się to słowo) part III, czyli last but not least 

  • biustonosze do karmienia (dwa na fiszbinach i trzy miękkie- w tym dwa z czasów Jerzyny)- zakupione jeszcze w pierwszym trymestrze, tracą niestety już formę, ale nowe planuję nabyć dopiero miesiąc po porodzie, gdy cycki przestaną szaleć…
  • poduszka fasolka Motherhood- kupiona już w pierwszym trymestrze, dzięki niej przetrwałam wiele bezsennych nocy,
  • ciuchy ciążowe- jeansy H&M’u i t-shirty, które w ciąży z Jurkiem w ogóle nie były mi potrzebne, a w ciąży z Hanulą mam niemal od pierwszych tygodni,
  • koszule nocne do karmienia- obie z pierwszej ciąży, w zasadzie nówki sztuki, używane tylko w szpitalu,
  • koszula do porodu- szpetna ( z żółtą żyrafą ;)), ale skoro Jurka w niej rodziłam, to i Hankę wydam na świat,
  • podkłady poporodowe Bella,
  • duże podpaski,
  • majtki siateczkowe jednorazowe,
  • wkładki laktacyjne (używane już od paru miesięcy),
  • octenisept (do nabycia),
  • mydło rumiankowe (do nabycia w Ministerstwie Dobrego Mydła),
  • klapki prysznicowo-szpitalne (zaszalałam i kupiłam plażowe Birkenstocki Madrid),
  • nakładki na sutki Medela,
  • laktator Medela swing (mój najlepszy przyjaciel, kupiony kilka dni po urodzeniu Jerzynki).

Żadnych specyfików, kompresów czy czego tam jeszcze na bolące piersi nie przewiduję- metoda smarowania sutków własnym mlekiem i „wietrzenia” jest moim zdaniem najlepsza (nie ważne jak bardzo odbrzydliwie i dosadnie to brzmi). Coraz częściej myślę o porodzie, o pierwszych dniach, które spędzimy razem w czwórkę, o czasie „po ciąży”.

Jak to wszystko wyjdze? Jak nam się ułoży? Jestem już zmęczona, fizycznie i (coraz częściej) psychicznie. Staram się doceniać ten czas, który jest teraz, ale myśli krążą już w okolicach lipca, a nawet września.

Xoxo,

Mum

Dwa i dziewięć

W zeszłym roku refleksja o starzeniu się, związana z moimi urodzinami naszła mnie już po fakcie tychże. Ten rok jest jednak inny. Dlaczego? Bo w zasadzie mam wrażenie, że już te dwadzieścia dziewięć lat mam za sobą. Jaki był ten rok? Dziwny.

Dziwny, bo pełen sprzeczności. Spełniły się marzenia, z którymi chciałam jeszcze poczekać, a te, do których realizacji dążyłam, muszę odłożyć w czasie na tak zwane „może za rok” (lub pewniej dwa z okładem). Jakoś, nie wiadomo jak, wyremontowaliśmy mieszkanie, bez remontu. Powiększyliśmy salon i odeszliśmy od systemu suszenia majtek na widoku (moja kochana pralko-suszarka!!!). Dopracowaliśmy (prawie) wizję balkonu i plan na aranżację przestrzeni u Jurka (i niebawem Hanki) w pokoju. Dziwny, bo myślałam, że bardziej kochać już nie umiem Męża tego swego jedynego, okazuje się, że po siedmiu (7 lub VII jak kto woli) latach po ślubie, da się bardziej i da się intensywniej. A nawet, abstrachując od kochania, da się bardziej cenić i jednocześnie wątpić, że taki facet, TAKI FACET, jest ze mną i chce ze mną być.

Dziwny, bo jakoś mnie ten bijący licznik mniej rusza, choć pewnie Grzesiek będzie twierdził coś innego w tym temacie. Może w końcu mi nie zależy? Może mam już w nosie, czy inni widzą we mnie osobę dorosłą czy młodą siksę. Może to ich problem, a nie mój?

Chciałabym żeby kolejny rok, a tym samym cały ten czas, który mam do trzydziestki, był czasem dla mojej rodziny (a w pewnym sensie to nieuniknione, bo nachodzi na to roczny urlop macierzyński). Chciałabym umieć dawać więcej z siebie i doceniać chwile, które mam. Chciałabym zadbać o nasze zdrowie i zapewnić dzieciakom (głównie Jurkowi, bo Hanka jeszcze mało co- jeśli w ogóle coś- będzie z tego roku pamiętać) fajne wspomnienia. Chciałabym znowu, żeby i mój Małżonek mógł się dziwować, jak i ja, z tego, że zasłużył na taką fajną dziołchę.

Tyle z rozważań o mijającym czasie w odniesieniu do moich urodzin. Pozostają jeszcze zbliżające się urodziny Hanki. Coraz bliżej do dnia zero. Fizycznie czuję się już znacznie lepiej, nawet zaczęłam ćwiczyć, choć nie są to ćwiczenia, które można by uznać za specjalnie intensywne- takie tam raczej przygotowanie do porodu. Wyglądam już jak typowy przemytnik arbuzów, więc i coraz cześciej słyszę gratulacje z okazji mego stanu. Chyba już nie jestem posądzana o obżeranie się pierogami po nocach, bo jednak moja sylwetka żółwia ninja (któremu skorupa zjechała na złą stronę) jest już oczywista. Psychicznie? No staram się. Jura akurat przechodzi gorszy okres więc dzień w dzień mamy awantury i płacze. Ja staram się nie płakać :) – konsekwentnie daję mu do zrozumienia, że to ja tu rządzę i jak mówię, że trzeba wracać do domu z placu zabaw, bo matka zaraz się zsika, to trzeba.
To już trzeci trymestr. Już teraz z górki (dosłownie, bo toczenie się, jest ostatnio moim ulubionym sposobem poruszania się)…

Xoxo,

Mum

Co ze mną robi filiżanka kakao

Weź. Weź mnie do teatru, do kina albo na wystawę (byle nie sklepową). Zabierz mnie gdzieś, gdzie zapomnę, że jestem czyjąś matką, że muszę być rozsądna i pamiętać o wszystkim. Wytłumacz im wszystkim, że jestem czasowo niedostępna, bo pracuję nad sobą samą. Bo sobie samej smażę naleśniki, piekę ciasto i sama zjem cały makaron ze szpinakiem.

Czasem potrzebuję mieć Cię tylko dla siebie. Żebyś nie musiał być ojcem, synem a nawet mężem. Żeby znów przez chwilę być tylko Grzesiem i Pauliną, przyjaciółmi, partnerami i kochankami. Bez kredytu, dzieci i samochodu. Bez pracy, obowiązków i zważania na porę dnia. Czasem bym tak chciała, ale na krótko.

Na godzinę albo dwie. Nie dłużej. Bo tak, jak jest na codzień- ze smażeniem naleśników, wyrzucaniem śmieci, sprzątaniem zabawek, grą w berka po osiedlu i praniem skarpetek rozmiar 45- jest mi zupełnie cudownie.

Kocham to swoje życie i ludzi, którzy w nim uczestniczą. Chyba to dobrze.

Xoxo,

Mum

Gadatliwa Bestia

Szybko zaczął chodzić i równie szybko zaczął mówić. Moja Bestia, zwana Jerzykiem, nie cacka się, jak mamusia, z każdą nabywaną umiejętnością- przechodzi od razu do konkretów. Chodzimy? No to mnie dogoń. Mówimy? No to spróbuj wtrącić choć zdanie, gdy ja będę rozwijał swoje zdania złożone podrzędnie i nadrzędnie. Nie sikamy już w majtki? Luz, sikajmy do kibelka… I tym podobne. Ja się stresuję i gimnastykuję, on wszystko załatwia na luzie (i spontanie). Cały tatuś, jak się okazuje, nie tylko wizualnie są tacy sami.

Ale ja nie o tym, ja dziś chciałam o Puciu.  Było kiedyś o onomatopejach, dziś będzie i o tym, i o wyrazach. Nauka mówienia jest jedną z najważniejszych w rozwoju dziecka, nie są to czcze słowa. Rozwijanie komunikacji (werbalnej) może być (i jest) łatwe i przyjemne (nie mówiąc już o inteligencji emocjonalnej, społecznej i jako takiej) dzięki książkom. Szczególnie dzięki mądrym książkom, które zostały opracowane i stworzone (narysowane, napisane i wydane, bo i o sposobie wydania zapominać nie należy) przez ludzi znających się na rzeczy. Cała seria „Uczę się: mówić, wymawiać i opowiadać” Wydawnictwa Nasza Księgarnia do takich książek należy.

My, na razie, cieszymy oczy i korzystamy z dwóch wydań o Puciu- „Pucio uczy się mówić” i „Pucio mówi pierwsze słowa” oraz „Wierszyki ćwiczące języki”. Zbiorczo można napisać, że książki są dobrze wydane- puciowe mają twarde strony i odpowiedni dla młodzieży dwuletniej format, a wierszyki wytrzymują małe rączki pomimo papierowych stron- oraz dobrze zilustrowane. Być może komuś estetyka pani Kłos odpowiadać nie będzie, jednak Jerzynce bardzo przypadła do gustu. Każda z pozycji rozpoczyna się wprowadzeniem dla rodziców. Dowiadujemy się, o my niewyedukowani, w jaki sposób efektywnie korzystać z książki i wspierać wysiłki naszych Gargameli w drodze do wytwarzania zawiłych monologów. Logopedia na wesoło. To jest to, co tygryski lubią najbardziej.

My swoją przygodę zaczęliśmy z „Pucio uczy się mówić”. Książkę zamówiłam w związku z szałem na Bintę, Babo i Lola, bo Pucio pisany jest podobnym stylem, a dźwiękonaśladownictwo, w nim zawarte, tylko dodawało tej pozycji walorów. Był to strzał w dziesiątkę.

nk.com.pl

Później udało mi się upolować, chyba w Lidlu, wierszyki. Książka przeznaczona jest, co prawda, dla cztero- i pięciolatków, jednak takie mówiące dwulatki, jak Jerzyna, spokojnie (i nad wyraz dobrze) sobie z nią poradzą.

nk.com.pl

W związku z tym, gdy tylko wyszedł nowy Pucio, nabyliśmy go czym prędzej po dacie premiery. Jura- zachwycony, matka- również, choć myślałam, że jednak będzie to fail. Gwoli wyjaśnienia. Jurek pięknie mówi, buduje złożone (i wielokronie złożone) zdania, dużo powtarza i dopytuje się o znaczenie wyrazów, które słyszy po raz pierwszy. Troszkę sepleni, ale jest to „normalne” na tym etapie. Martwiłam się więc, że nowy Pucio się już nie przyjmie, że Jerzynka z niego nie skorzysta. Okazało się, że zupełnie nie potrzebnie łamałam sobie tym głowę.

nk.com.pl

Jurek w Puciu jest zakochany, każe go sobie czytać niemal codziennie i tłumaczy, że on też będzie chodził, (jak Pucio) do przedszkola z samolotem i też ma (jak Pucio) dzidzię (tylko, że w maminym brzuszku). Bardzo udany zakup. Polecam.

 

Xoxo,

Mum