Matka feministka.

Don’t blame me… I just love changes. Refurbishment, shopping, new haircut, new book, new stuff is what I adore. Clean closet, polished floor, clean kitchen… Dumb, isn’t it? But it all makes me feel so good.

Fulfillment of plan? Yeah Babe! Washed floor, ironed shirts, dinner on a table, razored legs and polished nails? Checked! This is THE Day… Everything done…

Sounds like housewife? Maybe Yes. But who cares? If I enjoy beeing feminist mum who iron, bake, cook, clean and wash, then who dares telling me I can’t like it because I’m feminist?

No co ja poradzę? Uwielbiam zmiany. Przemeblowanie, zakupy, nowa fryzura, nowa lektura do poduszki, nowe podkładki pod talerze, nowy dywan… Porządek w szafce, w ktòrej panował do tej pory bałagan… Umytą podłogę… Czysty blat w kuchni… Głupie, co?  A wszystko to, cieszy mnie tak samo.

Z rzeczy, ktòre uwielbiam jest jeszcze świadomość wypełnienia „planu”. Umyć podłogę, wyprasować koszule mężowskie, zrobić obiad Jerzynie, ogolić nogi i pomalować paznokcie. Checked! Dziś jest taki dzień. Wszystko się udało. Co za dzień!

Zabrzmiało kurą domową? Może i tak. Ale co z tego? Jeśli mi dobrze być prasującą, gotującą i sprzątającą stacjonarną matką feministką, co to żadnej pracy się nie boi? I co więcej, nie boi się takiego wyboru?
image

A co się należy w taki dzień? Kawunia, laptopik i jogurcik z kapką dżemu figowego… Yuuummmy…

Xoxo,
Mum

 

oficjalnie oznajmiam.

Nie robię takich rzeczy. No serio, nie zdarzam mi sie publicznie oznajmiać,że czas na dietę i wycisk. Ale tym razem, po łakomstwie w Hiszpanii, trzeba nad sobą popracować… A pracy jest… Ocho hoo… Ciało spaczone kremówkami z Sowy (och sąsiadko ma, niecna kusicielko…) i pizzą na telefon… Dusza zdziadziała na kanapie przed laptopem… Ale basta! Ale weto Moi Mili!
No to jazda z Chodakowską, Lewandowską i z kim tam jeszcze… Karnet na siłownię w kieszeni, reeboki i dresik w torbie. Kilka treningów już za mną… Trzymajcie kciuki.
image
Xoxo,
Mum (alias Pimpuś Sadełko)

 

Och Mężu…

Apart of regular functions obtained by every Husband, My Husband has one (or even couple, but let’s stick to the one today), which’s value no one can mesure in any way.

My Husband cooks. But cooking doesn’t mean that he’s able to boil water or cook a sausage. He cooks beautifully, amazingly and irrationally good. He knows which seasoning to use, what and how mix things… He makes such miracles in kitchen… that every culinary expert gains complexes after degustation of his dishes…

And soups? Awwwwww…

Be jealous, just be jealous…

Opròcz funkcji typowych Mężom, Mòj Mąż posiada jedną (a nawet parę, ale nie o tym dziś), ktòrej wartości nie da się zmierzyć, ani obliczyć.

Mòj Mąż gotuje. Nie chodzi o gotowanie paròwek, albo wody na herbatę. Gotuje nie byle jak. Gotuje rewelacyjnie, znakomicie, wybornie… Wie jak doprawić, co z czym połączyć. Serwuje dania, ktòre potrafią wpędzić w kompleksy nie jedną kulinarną znawczynię…

A zupy krem? Ach…
image

Zazdroście, zazdroście..

Xoxo,

Mum

Jerzynowy rok.

10.00am

Już chwilę po wstaniu z łóżka czuję się dziwnie. No nic, czas na kawę, jogurcik? Nieee, kawa i buła, najlepiej croissant. W ciąży przecież wszystko wolno… Zasiadam przed laptopem. Trochę njusów ze świata i wszechświata. Oj coś mnie plecy bolą, przedźwigałam się wczoraj… Oo Scarlett Johansson w ciąży? Grzesiek wstaje, jak się spało Kochanie? Jednak chyba zostanę dziś w domu, odwołam ten spacer z Iwonką… Coś mnie plecy bolą. Dobrze, odwołaj. Buzi, pa.

No pa, no pa… Co ja to miałam? Ach no tak, może włosy umyć? Oj i brzuch pobolewa… Ach ta nierozsądna matka, mogłam poprosić wczoraj Grześka, żeby zakupy przyniósł- a tak, to mam za swoje.

01.00pm

Halo, Iwonka? No cześć! Coś się słabo czuję na spacer, może jutro? Ale po południu bo rano jadę po ciuchy dla Jurka do Ani… Co mi jest? No boli mnie trochę, oo Ał… Rodzę? Nie chyba sobie żartujesz… Ha, ha. Termin mam za dwa tygodnie- weź na wstrzymanie dziewczyno. Dobra, dobra. No pa!
Wolne żarty, chyba bym wiedziała, że rodzę. Idę umyć włosy.

02.00pm

Kurczę boli. Może zadzwonić do mamy? Halo, mama? Coś mnie tak boli brzuch i plecy, ooo Ał… Czy rodzę, no chyba nie. Dobra będę liczyć. Ok, pa.

Halo, Grześ? Mama mòwi, że rodzę. No wiem, termin za dwa tygodnie przecież. No tak mnie łapie bòl co 15minut… Acha, Kaśka wysłała sms, że już jedzie. No powariowali wszyscy.

No zobaczmy- wyszukiwarka google „jak rozpoznać pierwsze skurcze?” Hmmm. Może rodzę?

04.00pm

No to chyba jedziemy na porodòwkę? Nie no, pewnie nas odeślą -ale jedźmy, sprawdzimy czy wszystko dobrze.. Ałła. Idę wziąć kąpiel. Ałł.

05.20pm

Ma Pani 3cm rozwarcie. Rodzimy, Kochaniutka.

01.43 am

Aaaaaaaaaaaaaa! Pierwszy krzyk. Nowy rozdział w naszym życiu. Nasze największe Szczęście.

 

Ròwno rok temu przyszedł na świat Jerzyk. Sto lat Skarbie!!!

enhanced-buzz-3075-1349978341-22

http://www.buzzfeed.com/summeranne/how-to-dress-a-hedgehog-for-halloween#.jkejk9KRd

Xoxo,

Mum

Mum’s world…

Get up early, prepare breakfast with your baby boy screaming at your feet, feed the screamer, play with him while cleaning after meal, find time to deal with mess… By mess I mean total chaos in your apt… And do it everyday…
Then, because you’re sexy mamma, do your make up and hair, prepare your sexy and cosy outfit and go girl!
Yeah… Go… Seriously, go running with your Baby Monster through the block of flats to the nearest shop, trying at the same time make him fall asleep… Lovely picture…
How I do it? I feed him, give him a book or treat (after meal of course) (and ecotreat of course as I am sooooo trendy mamma) and drink my coffee… In my totaly not sexy and not trendy jeans and tee… At least clean… Ok. Almost clean, but who cares?
Well….

Wstajesz rano, przygotowujesz śniadanie z twoim synkiem krzyczącym u twych stóp, karmisz go, sprzątasz po śniadaniu jedną ręką bawiąc się z nim, znajdujesz czas by zająć się bałaganem… Przez bałagan rozumiem totalny chaos panujący w twym m4 (daj Boże… A raczej m3… No dobra, m2). A scenariusz jest ten sam każdego dnia…
Później, ponieważ należysz do Sexi Mam, robisz swój make up i włosy, przygotowujesz swój, jednocześnie sexi i wygodny strój i jedziesz Dziewczyno! Taaa… A szczerze mówiąc, biegniesz z rozwianym włosem przez osiedle kupić bułki w biedronce w bluzce od piżamy, próbując przy okazji uśpić Gagatka trzęsąc wózkiem z całych sił… Uroczy obrazek.
A jak ja to robię? Daję Żabie książkę lub deserek (oczywiście po śniadaniu) (i oczywiście ecodeserek, bo jestem świadomą, trendi mamą)… A sama piję kawę, kawusię w swoich zupełnie nie sexi i nie modnych jeansach i tiszercie… Przynajmniej czystych… Lub prawie czystych… Ale kto się tym przejmuje?

A po bułki pòjdę pòźniej…

DSC_0366
Xoxo,

Mum

Hej, Ty! Ucz się językòw…

Bez zbytniej skromności- łatwo mi przychodzi przyswajanie nowych językòw. Dzięki temu operuję swobodnie czterema językami, i tak, język polski też liczę. Do tej pory myślałam, że biegłością mogę się szczycić tylko w francuskim i angielskim… Nasz wyjazd pokazał, że i hiszpański jest moją domeną. No i fajnie, ależ ze mnie chwalipięta…

A figa! Jedziesz Droga Czytelniczko, Uroczy Czytelniku, za granicę i co? We Francji myślisz, że bez znajomości francuskiego sobie poradzisz z zamòwieniem taxòwki z fotelikiem dziecięcym? A w Hiszpanii po angielsku  zamòwisz paelle bez ślimakòw?

No raczej nie.

Jeśli Ci się poszczęści, natkniesz się na imigranta, ktòry po angielsku Cię obsłuży, pomoże, wskaże drogę…. Ucz się językòw Dziewczyno, bez tego jest słabo.

Ale czemu w Hiszpanii się nie uczą, ani we Francji? Z dwòch powodòw, moim zdaniem, w Hiszpanii im się nie chce… W ogòle mało co im się chce… Chciałoby się rzec ‚odbija im mañana’ przez klimat, położenie geograficzne, temperament. Z drugiej strony, Francuzi… Kto zna, ten wie… Naròd w sobie zakochany, zdziwiony i zniesmaczony faktem, że inni nie podzielają tego zachwytu i nie biegną od razu po podręczniki do nauki francuskiego…

No a Jurek? No Jurek żadnego dialektu się nie boi… Swoim BA, GA i KRrrA dogaduje się wszędzie i z wszystkimi… Plac zabaw, restauracja, plaża, sklep? Bez problemu…
image

Xoxo,

Mum

Valencia…

 

Jeszcze niedawno moim jedynym problemem była kwestia wyboru kostiumu na plażę… Tak to bym chciała ująć, nie wdając się w szczegòły… Spakować Jerzynę, kremy, pampersy, ręczniki, kapelusze, koce, akcesoria niezbędne do dokopania się do Chin-czyt. wiaderko i łopatka, klapki i inne duperele z kategorii przydasię…

Walencja jest… no właśnie? Plaża szeroka, piasek żòłty, woda przejrzysta choć nie pocztòwkowo-turkusowa… Bogata i biedna, oszalała na punkcie loterii narodowej, zakochana w Moim Blondynie, stara i nowa.

Pełna placòw zabaw, ktòre odwiedzaliśmy o nieprzyzwoicie wczesnych porach, spotykając innych niewyspanych rodzicòw chcących by ich pociechy się wyhasały i poszły spać…  Męczona setkami Francuskich i Brytyjskich turysto-plażowiczòw, zalewana przez nieznających językòw lokalsòw…DSC_0680 DSC_0739 DSC_0741 DSC_0742 DSC_0808 DSC_0819 DSC_0824 DSC_0826 DSC_0828

Jaka by nie była, odpoczęliśmy w niej… Nabraliśmy sił i smaku na więcej…

Xoxo,

Mum

Ciuch ciuch! Pociągiem, to ja mogę…

Lokomotywa. Tak, Lokomotywa była, i jest, moim ulubionym wierszem. Chyba niekoniecznie Jerzyny ulubionym, bo mama za bardzo się wczuwa w nadawanie rytmu zwrotkom… Ale pociąg jest na pewno jednym z Jego ulubionych środkòw lokomocji- po samochodzie, wòzku i rękach mamy…

Z Madrytu wyruszyliśmy do Walencji właśnie pociągiem… Ile trwała podròż? Niecałe dwie godziny…Tak, tak.. Tyle właśnie, ile drzemka Jurka… Zasnął chwilę po ruszeniu i obudził się tuż przed Walencją. Co my robiliśmy w tym czasie? No jak to?! Oglądaliśmy Tarzana w wagonowym telewizorze… Takie podròże to ja lubię…

Ach… W sumie, jako że jesteśmy już okutani w jesienne płaszczo-kurtki w Polsze, mogę wspomnieć też o drodze powrotnej. Tak samo było… Z tą ròżnicą, że przed zaśnięciem Jerzyna popełnił swoje pierwsze (sic!) arcydziełko.

DSC_0834

Klimatyzacja, wszystko wykończone drewnem (tudzież sklejką, ale nie chcę znać prawdy, wolę życie w nieświadomości), uprzejme hostessy i wąsaci hości a do tego cisza, cisza, cisza… Żadnych głośnych rozmòw, rewelacji przekazywanych przez wspòłpasażeròw rozmawiających przez komòrkę czy zapaszkòw z kanapki z jajkem lub kiełbaską…

DSC_0675 DSC_0673  Xoxo,

Mum

Comida, czyli po co jechać do Hiszpanii?

Do Hiszpanii jedzie się w jednym celu. Po słońce? Złotą opaleniznę? Hiszpańskiego chłopaka? Zakupy w Zarze? Pławienie się w pięknej architekturze, błękicie nieba i turkusie morza?

Do Hiszpanii jedzie się po doznania kulinarne. Rzeczy, z pozoru znane, mają tu inny, nieziemski smak i aromat.

Oliwki, suszone pomidory, bataty, sery, ryby, ośmiornice, mule, kalmary, krewetki, pomidory, ananasy, brzoskwinie, pomarańcze, nektarynki, wszelkie słodkie wyroby… Zajadaliśmy się. Szaleliśmy w Madrycie szukając barów okupowanych przez Madrilenos… W Walencji, Kròlowej paelli, kosztujemy co chwila pyszności serwowane w bulwarowych knajpkach, bądź zajadamy się potrawami gotowanymi przez urugwajskiego chłopaka mojej przyjaciółki… Chorizo!!! Ach… Zajadamy się, ale tylko do jutra… Bo jutro znów Madryt i niebawem powrót do jesiennej rzeczywistości…

Jedyny klops kulinarny? Kawa. Jest paskudna. Jest lurowata. Jedynie w sieciòwkach można znaleźć dobrą, aromatyczną kawę. Sic! W Walencji jest na tyle słabo, że mieszkając przy plaży mamy daleko do Starbucksòw… Poratował Nas Chińczyk- opròcz smaru do wòzka i makaronu, kupiliśmy u niego kawiarkę… Nie ma to jak mocna, czarna kawa…

Odkrycie? Mercado de San Miguel… Targ ze świeżym jedzeniem, idealne miejsce na lunch… Jutro nasz number one na drodze spacerowej… O Mercado jeszcze chyba wspomnę później…

DSC_0127 DSC_0144 DSC_0185 DSC_0150 DSC_0186 DSC_0198 DSC_0209

DSC_0139

Xoxo,

Mum

Madryt i Jerzyna

Tak się akurat stało, że trafił Nam się bardzo towarzyski Egzemplarz. Nie taki, co to płacze gdy go ktoś zagaduje, lub boi się nowych miejsc i sytuacji. Nie nieśmiały i cichy, a otwarty na nowe znajomości, doświadczenia i doznania- szczegòlnie, gdy mama z mlecznymi cyckami jest obok i dosyć ekspresyjny w wyrażaniu uczuć…

A Hiszpania, wiadomo, z tego słynie, że najcichsza i mało gadatliwa nie jest…

Jerzynie podobało się więc właściwie wszystko…

Ludzie, nowe widoki, nowe miejsca, jedzenie i jazda wòzkiem. Zjeździliśmy z naszym chicco prawie cały Madryt-łącznie z pieszym spacerem na Santiago Bernabeu… Ze względu na to, że mieliśmy spędzić tam tylko 3 noce postanowiliśmy prowadzić w tym czasie żywot prawie koczowniczy robiąc postoje na trawnikach i w parkach i wszelkich innych zielonych obszarach- dając Jerzynce się wychasać.

Choć tam, gdzie Tata chciał Jerzynie najważniejsze z ważnych rzeczy pokazać, Wać Mość miał inne plany… Kupa, cycuś i spanie na stadionie? Pestka.

DSC_1354

DSC_1398 DSC_1410 DSC_1435 DSC_1496

Imiennik Jerzyny…DSC_0012

Madryt jest piękny. Piękny i dziwny. Wielonarodowy, wielobarwny i pełen skrajności. Od wspaniałych budynkòw, czystych ulic i drogich sklepòw po śmierdzące uryną, wąskie uliczki, chińskie sklepy ze wszystkim (dosłownie!) i bezdomnymi na każdym rogu.

Co Nam się najbardziej podobało? Park Retiro, Stadion Santiago Bernabeu, okolice Prado, trawniki okupowane przez tubylcòw, lody o smaku dulce de leche, tapas, pewien wiolonczelista, ktòrego płytę nawet nabyliśmy, policjanci w szortach, nie mòwiący po angielsku taksòwkarze, kelnerzy, sprzedawcy…

A najlepsze? Jedzenie… Kto nie jadł hiszpańskich oliwek, nie jadł oliwek w ogòle.

Ale o tym pòźniej…

Xoxo,

Mum