Slow (motion)

Bardziej slow. Co prawda ostatnie tygodnie samoistnie doprowadziły mnie do zwolnienia tempa w wielu sprawach i troszeczkę, muszę to przyznać, odpuszczenia i sobie i innym grzechów – nicnierobienia, kiedy wokół bałagan, jakby właśnie przeszło stado dwulatków po detoksie zabawkowym oraz olewania pewnych aspektów wychowawczych, których do tej pory nie pomijałam-czyli noszenia wszystkich możliwych zabawek na plac zabaw czy wybrzydzania przy jedzeniu. Mi samej ostatnio mało co smakuje, większość potraw straciła smak lub zyskała paskudny zapach- koniec końców zamiast tyć, chudnę- a moje dziecko je okrojone posiłki, bo nie jestem mu w stanie przygotować mięsa czy czegokolwiek, co z mięsem miało wspólnego, a jak każdy wie, zupy to mi średnie wychodzą. Biedny Jura.

Bardziej slow jestem od kilku ostatnich miesięcy, kiedy odkryłam, że serio- nie ma się do czego spieszyć. Serio, za dużo mamy, zbyt wiele zbytków w tak młodym wieku (sic!) sobie zgotowaliśmy. Gdybym miała urządzać mieszkanie od nowa i nie posiadała nic, zupełnie nic- byłoby mi chyba łatwiej niż teraz, z całą tą masą duperelów, z tórymi nie radzi sobie ani nasze 56m2, duża piwnica i strych u rodziców. Jest to smutne, bo ostatni rok pięknie pokazuje jak można wpaść w wir konsumpcjonizmu i się w nim zwyczajnie zagubić…

Co to „bardziej slow” sprawiło więc? Po pierwsze, przestałam kupować. Nie, że zupełnie- ale nie kupuję przydasiów i wspaniałości w promocyjnych cenach. Jedyne nowe nabytki z ostatnich miesięcy to same niezbędniki i prezenty świąteczne. Po drugie, sprzedaję. Sprzedaję ubrania, które tylko w sferze marzeń lub ze wzgędu na wyrzuty sumienia kiedyś założę. Sprzedaję książki, ale tylko te, do których już nie wrócę. Sprzedaję domowe bibeloty, do niczego mi nie potrzebne, za to świetnie zbierające kurz. Oddaję rzeczy, których nie opłaca się sprzedać i wyrzucam to, co nie nadaje się do oddania. Jesteśmy lżejsi o kilkanaście worów 120 litrowych, a wciąż są rzeczy, które czekają na skatalogowanie i zsyłkę. Bardziej uporządkowany dom w jakiś dziwny sposób sprawia, że i moja głowa jest bardziej uporządkowana.

To ważne by zwolnić, nie ma sensu przyspieszać. Dobrze być trochę out of date i not with the stream.
Zostawić tylko to, co sprawia nam przyjemność, jest pożyteczne i ładne. Nie polegać tylko na pieniądzach.

Xoxo,
Mum

No i masz babo placek

Przewrotność losu w Naszym przypadku jedynie potwierdza stwierdzenie, że jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to powiedz mu o swoich planach. Nagłe zwroty (akcji) w ostatnich tygodniach, szalony kołowrót, w który (niechcący) wpadliśmy i rosnąca radość z dnia na dzień, z godziny na godzinę, że tak się właśnie stało podnoszą mi ciśnienie i doprowadzają do palpitacji serca.

W niepamięć poszły wszystkie Nasze ustalenia, wielogodzinne rozważania o najbliższej przyszłości i pieniądze wydane na przygodę w Hiszpanii, która nie doszła do skutku. Tak jak wcześniej pewna byłam, i w taki sposób to wszem i wobec przedstawiałam, wyższości żłobka nad matczyne niańczenie, tak teraz wiem, że niczego już pewna być nie powinnam. I ta niewiedza i niepewność powinny być brane za pewnik i wokół nich budować trzeba Nasze plany. Wiem w końcu, że życie z trzema osobnikami łączy się z tymi wszystkimi: „nagle”, „ni stąd ni z owąd” czy innymi tout à coup’ami…

Planuj kobieto karierę. Planuj posyłanie dziecka do żłobka. Planuj wyjazdy i wakacje. Ale dopiero jak dzieci odchowasz, a do tej pory chwytaj chwilę… Nie czekaj do „potem będzie lepiej” ani „to jeszcze tylko trochę”- to lepiej jest teraz, już nigdy tak pięknie nie będzie… Tak dziko i bez trzymanki- z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Niech się dzieje…
Xoxo,
Mum