Dwa i dziewięć

W zeszłym roku refleksja o starzeniu się, związana z moimi urodzinami naszła mnie już po fakcie tychże. Ten rok jest jednak inny. Dlaczego? Bo w zasadzie mam wrażenie, że już te dwadzieścia dziewięć lat mam za sobą. Jaki był ten rok? Dziwny.

Dziwny, bo pełen sprzeczności. Spełniły się marzenia, z którymi chciałam jeszcze poczekać, a te, do których realizacji dążyłam, muszę odłożyć w czasie na tak zwane „może za rok” (lub pewniej dwa z okładem). Jakoś, nie wiadomo jak, wyremontowaliśmy mieszkanie, bez remontu. Powiększyliśmy salon i odeszliśmy od systemu suszenia majtek na widoku (moja kochana pralko-suszarka!!!). Dopracowaliśmy (prawie) wizję balkonu i plan na aranżację przestrzeni u Jurka (i niebawem Hanki) w pokoju. Dziwny, bo myślałam, że bardziej kochać już nie umiem Męża tego swego jedynego, okazuje się, że po siedmiu (7 lub VII jak kto woli) latach po ślubie, da się bardziej i da się intensywniej. A nawet, abstrachując od kochania, da się bardziej cenić i jednocześnie wątpić, że taki facet, TAKI FACET, jest ze mną i chce ze mną być.

Dziwny, bo jakoś mnie ten bijący licznik mniej rusza, choć pewnie Grzesiek będzie twierdził coś innego w tym temacie. Może w końcu mi nie zależy? Może mam już w nosie, czy inni widzą we mnie osobę dorosłą czy młodą siksę. Może to ich problem, a nie mój?

Chciałabym żeby kolejny rok, a tym samym cały ten czas, który mam do trzydziestki, był czasem dla mojej rodziny (a w pewnym sensie to nieuniknione, bo nachodzi na to roczny urlop macierzyński). Chciałabym umieć dawać więcej z siebie i doceniać chwile, które mam. Chciałabym zadbać o nasze zdrowie i zapewnić dzieciakom (głównie Jurkowi, bo Hanka jeszcze mało co- jeśli w ogóle coś- będzie z tego roku pamiętać) fajne wspomnienia. Chciałabym znowu, żeby i mój Małżonek mógł się dziwować, jak i ja, z tego, że zasłużył na taką fajną dziołchę.

Tyle z rozważań o mijającym czasie w odniesieniu do moich urodzin. Pozostają jeszcze zbliżające się urodziny Hanki. Coraz bliżej do dnia zero. Fizycznie czuję się już znacznie lepiej, nawet zaczęłam ćwiczyć, choć nie są to ćwiczenia, które można by uznać za specjalnie intensywne- takie tam raczej przygotowanie do porodu. Wyglądam już jak typowy przemytnik arbuzów, więc i coraz cześciej słyszę gratulacje z okazji mego stanu. Chyba już nie jestem posądzana o obżeranie się pierogami po nocach, bo jednak moja sylwetka żółwia ninja (któremu skorupa zjechała na złą stronę) jest już oczywista. Psychicznie? No staram się. Jura akurat przechodzi gorszy okres więc dzień w dzień mamy awantury i płacze. Ja staram się nie płakać :) – konsekwentnie daję mu do zrozumienia, że to ja tu rządzę i jak mówię, że trzeba wracać do domu z placu zabaw, bo matka zaraz się zsika, to trzeba.
To już trzeci trymestr. Już teraz z górki (dosłownie, bo toczenie się, jest ostatnio moim ulubionym sposobem poruszania się)…

Xoxo,

Mum