Duża dziewczynka

Każdy poród jest inny. W jeden zaczynasz wierzyć dopiero, gdy jedziecie na porodówkę, bo wcześniej nie byłaś pewna czy to, co czujesz to skurcze. A drugi zaczynasz na pasach dla pieszych, gdy odchodzą Ci wody w drodze do piekarni. Pytanie:”Mamo, czemu się zsiusiałaś?” zadane zbyt głośno na ulicy przez Twoje rezolutne dziecko może być krępujące. Ja już o tym wiem.

Drugi raz, nie żeby pierwszy taki nie był, jest szybszy, łatwiejszy i jak się okazuje bardziej bolesny. Nie będę wdawać się w szczegóły, jednak skurcze porodowe i te, obkurczające macicę po porodzie, za drugim razem są dużo silniejsze.

Szybko do siebie doszłam po pojawieniu się Hanki. Dużo sprawniej mi to poszło niż z Jerzyną. Myślę, że to dzięki temu, że Hania od razu załapała jak sobie radzić z jedzeniem… Z Jurkiem walczyliśmy cztery miesiące, by się udało go dobrze przystawić. Jestem teraz sześć tygodni po porodzie. Wyglądam jak przed ciążą (czyli jak lubiąca słodycze kura domowa), czuję się za to znacznie lepiej. Psychicznie mi lżej, choć przecież fizycznie bywa trudniej.

Według teorii mojego Małżonka chyba w końcu dojrzałam. Może coś w tym jest. W zasadzie wypadałoby żeby siedem lat po ślubie i będąc matką dwójki dzieci być w miarę dorosłą.

Xoxo,

Mum5

Four of us

Życie po porodzie jest łatwiejsze. Tak przynajmniej mi się zdawało, gdy byłam jeszcze w ciąży…

No i faktycznie bywa łatwiej… Łatwiej, bo nie trzeba sie martwić, że jak się za dużo siat z auta weźmie naraz to można zaszkodzić maluchowi w brzuchu i w razie pobytu w szpitalu zostawić starszaka bez mamy na niewiadomo jak długo… Łatwiej, bo ma się już świadomość wypełnionego planu rozpłodowego i teraz ma być już tylko lepiej… Łatwiej, bo po pierworodnym wie się już z czym to się je… I w końcu łatwiej, bo starszak w końcu idzie do przedszkola, więc Ty zostajesz sama z tylko jednym, nie uciekającym wszędzie, dzieckiem.

Ale zawsze pojawia się jakaś terra incognita, bo każde dziecko jest inne. Pojawia się problem, bo co robić z maluchem, gdy ten jeszcze mniejszy maluch chce jeść (i to jeść cały czas, skakać z jednego cycka na drugi i spowrotem…)? Jak poradzić sobie z wyrzutami sumienia, których przecież miało nie być, bo to normalne, że Jerzynka będzie mnie miał mniej i przecież jakoś się przyzwyczai? Jak radzić sobie w straszne upały, gdy Twój, już, niemowlak obrasta w fałdki, które chętnie się odparzają? Jak zagospodarować czas trzylatka (prawie trzylatka) w taką pogodę, gdy akurat teraz, właśnie przed pójściem do przedszkola, rozpoczęciem treningów w nowym klubie (Legiaaaaaaa!!!) i wyczekanymi wakacjami nad morzem, on złamie obojczyk?

Bywają chwile, gdy mam chęć się z tego wypisać. Bywają momenty, gdy warczę na wszystkich z bezsilności, zmęczenia i niewyspania.

Bywają. Przychodzą i odchodzą. Są wciąż rzeczy, których nie opanowałam, których strona logistyczna mnie obezwładnia- ale jest ich z czasem coraz mniej. Coraz łatwiejsze jest to życie w czwórkę, coraz weselsze i, na pewno, bardzo głośne. Mi odpowiada.

Xoxo,

MumF

Darcie japy

Krzyki, wrzaski, tupanie nogami i machanie rękami. Plus w gratisie rzucanie się na ziemię aka bezwładne opadanie, gdy akurat trzymam za jakieś odnóże. Tak u nas wygląda ostatnio codzienność. Średnio jedna awantura dziennie musi być.

Tak tak. Bunt dwulatka, wchodzenie w nową sytuację starszego brata, widmo przedszkola po wakacjach… Można wymyślić z dziesięć innych logicznych wyjaśnień. Fakt jest jednak taki, że darcie japy odchodzi u nas na całego.

Znam te wszystkie metody, znam teorię i praktykę. Mam za sobą ponad cztery lata pracy w przedszkolu i magistra z pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej plus magistra z socjologii (ze szczególnym naciskiem na socjalizację i socjologię wychwania). Znam też swoje możliwości i granice. Jest niełatwo, żeby tak lapidarnie to ująć. Niełatwo, bo ja też drę japę. Nie wytrzymuję. Nie jestem w stanie tego udźwignąć.

Raz na kilka dni po kilku minutowych prośbach, groźbach czy tuleniu puszczają mi nerwy, hamulce się odblokowują. Warczę i drę się. Jurka to całkowicie zwala z nóg. Wie, że przesadził i (chyba) wie, jak bardzo mi źle, że się nie powstrzymałam. Paradoksalnie moje załamanie prowadzi do natychmiastowego zamknięcia tematu. Rzucamy się sobie w ramiona i przepraszamy się. Mi łamie się serce, bo to dwuletnie Maleństwo, ten Wrażliwy Olbrzym, przeprasza mnie, że ja krzyczałam. Obiecuje, że już nie będzie, że już chce zrobić tak, jak ja chcę. Z jednej strony- mam poczucie fail’u, to mój słaby charakter doprowadził do takiego wzrostu decybeli w naszym domu, to moje rozdrażnienie, miałkość i beznadziejność.  Z drugiej strony, wrzask i protest narastałby, gdybym jakoś nie wytrąciła Jerzyny z tego stanu. Co lepsze? A co gorsze? Jak sobie z tym radzić?

Brak mi odpowiedzi.

Xoxo,

Mum

Ciążowe umilacze

Co umila mi czas w tej ciąży? Główną atrakcją jest oczywiście Jurek i, siłą rzeczy, umilam sobie czas zabawami z Moim Partyzantem… Pisałam już, że ciąża numer dwa, w moim przypadku, nie jest, podobnie jak ta pierwsza, stanem euforycznym, gdy z radością obserwuję zmieniające się ciało i rosnące nowe życie. Bardzo dotkliwie odczuwam ten stan błogosławiony, więc w pewnym sensie, zabawa i opiekowanie się rozbrykanym dwulatkiem wymaga heroicznego wysiłku. Dlatego staram się uskuteczniać w domu zabawy dywanowe (gdy mamusia leży) lub organizować spotkania z Jurka kumplami i kumpelami, kiedy to nie muszę w zabawach uczestniczyć, a spokojnie mogę nacieszyć się rozmową ze znajomymi mamami lub ojcami (czemu nie tatami?). Chodzimy też dużo po naszym osiedlu i na okoliczne place zabaw bądź do pobliskich kawiarni… Szczególnie nabierze to na sile, gdy pogoda łaskawie się nam w końcu poprawi.

Czytam. Czytam o wychowywaniu dzieci (ale nie o maluchach, jak w pierwszej ciąży, skupiam się na moim starszaku), o konsumpcjonizmie i romanse. Romanse czytam chętnie. Czytam artykuły na ulubionych blogach… Czytam o fajnych kawiarniach w okolicy o restauracjach i placach zabaw, czytam o zdrowym odżywianiu, o trendach zakupowych, recenzje książek i o zabawkach.

Oglądam seriale w internecie.

Zapisuję piny na pintereście i podglądam znajomych (i nieznajomych) na instagramie.

Kombinuję, jakie by tu poczynić zmiany wnętrzniarskie i później je realizuję w mniej lub bardziej szybkim tempie.

Biadolę, że nie mam się w co ubrać. Ładuję wirtualne koszyki w sklepach internetowych koniecznymi sztukami nowej odzieży, po czym robię escape ze strony z poczuciem, że w zasadzie to może nie ma sensu.

Znowu gotuję (wiwat trzeci trymestr) i chętniej konsumuję.

Jaram się Moim Mężem i Naszym synem.
A ostatnie dni jaram się tymi małymi śpioszkami, skarpetkami i bodziakami, które mamy dla Hani.

Strasznie nie mogę się jej już doczekać.

Xoxo,

Mum

31 tydzień w toku. Wyprawka dla położnicy

Wszystko, a w zasadzie prawie wszystko, mam już poprane. Poskładane i ułożone w szufladzie czeka na Pannę Hannę. Bo potwierdzone jest, że to Hanka, a nie Rysiek, siedzi w brzuchu. Jurek doczekać się nie może, powoli przywłaszcza sobie Hankowe gadżety, które uda mu się wygrzebać z komody. Wózek do serwisu niebawem poślemy. Pokrowce od fotelika i gondoli niebawem popiorę. Rożek i poszewki na dniach poszyję. W zasadzie wszystko jest. Wystarczy skręcić łóżeczko. Wystarczy zaprosić malarza i speca od tapet. Wystarczy spakować torbę.

Mam fazę na wicie gniazda… Gadżety dla siebie również już nabyłam. Co konkretnie?

Wyprawka dla położnicy (strasznie podoba mi się to słowo) part III, czyli last but not least 

  • biustonosze do karmienia (dwa na fiszbinach i trzy miękkie- w tym dwa z czasów Jerzyny)- zakupione jeszcze w pierwszym trymestrze, tracą niestety już formę, ale nowe planuję nabyć dopiero miesiąc po porodzie, gdy cycki przestaną szaleć…
  • poduszka fasolka Motherhood- kupiona już w pierwszym trymestrze, dzięki niej przetrwałam wiele bezsennych nocy,
  • ciuchy ciążowe- jeansy H&M’u i t-shirty, które w ciąży z Jurkiem w ogóle nie były mi potrzebne, a w ciąży z Hanulą mam niemal od pierwszych tygodni,
  • koszule nocne do karmienia- obie z pierwszej ciąży, w zasadzie nówki sztuki, używane tylko w szpitalu,
  • koszula do porodu- szpetna ( z żółtą żyrafą ;)), ale skoro Jurka w niej rodziłam, to i Hankę wydam na świat,
  • podkłady poporodowe Bella,
  • duże podpaski,
  • majtki siateczkowe jednorazowe,
  • wkładki laktacyjne (używane już od paru miesięcy),
  • octenisept (do nabycia),
  • mydło rumiankowe (do nabycia w Ministerstwie Dobrego Mydła),
  • klapki prysznicowo-szpitalne (zaszalałam i kupiłam plażowe Birkenstocki Madrid),
  • nakładki na sutki Medela,
  • laktator Medela swing (mój najlepszy przyjaciel, kupiony kilka dni po urodzeniu Jerzynki).

Żadnych specyfików, kompresów czy czego tam jeszcze na bolące piersi nie przewiduję- metoda smarowania sutków własnym mlekiem i „wietrzenia” jest moim zdaniem najlepsza (nie ważne jak bardzo odbrzydliwie i dosadnie to brzmi). Coraz częściej myślę o porodzie, o pierwszych dniach, które spędzimy razem w czwórkę, o czasie „po ciąży”.

Jak to wszystko wyjdze? Jak nam się ułoży? Jestem już zmęczona, fizycznie i (coraz częściej) psychicznie. Staram się doceniać ten czas, który jest teraz, ale myśli krążą już w okolicach lipca, a nawet września.

Xoxo,

Mum

Dwa i dziewięć

W zeszłym roku refleksja o starzeniu się, związana z moimi urodzinami naszła mnie już po fakcie tychże. Ten rok jest jednak inny. Dlaczego? Bo w zasadzie mam wrażenie, że już te dwadzieścia dziewięć lat mam za sobą. Jaki był ten rok? Dziwny.

Dziwny, bo pełen sprzeczności. Spełniły się marzenia, z którymi chciałam jeszcze poczekać, a te, do których realizacji dążyłam, muszę odłożyć w czasie na tak zwane „może za rok” (lub pewniej dwa z okładem). Jakoś, nie wiadomo jak, wyremontowaliśmy mieszkanie, bez remontu. Powiększyliśmy salon i odeszliśmy od systemu suszenia majtek na widoku (moja kochana pralko-suszarka!!!). Dopracowaliśmy (prawie) wizję balkonu i plan na aranżację przestrzeni u Jurka (i niebawem Hanki) w pokoju. Dziwny, bo myślałam, że bardziej kochać już nie umiem Męża tego swego jedynego, okazuje się, że po siedmiu (7 lub VII jak kto woli) latach po ślubie, da się bardziej i da się intensywniej. A nawet, abstrachując od kochania, da się bardziej cenić i jednocześnie wątpić, że taki facet, TAKI FACET, jest ze mną i chce ze mną być.

Dziwny, bo jakoś mnie ten bijący licznik mniej rusza, choć pewnie Grzesiek będzie twierdził coś innego w tym temacie. Może w końcu mi nie zależy? Może mam już w nosie, czy inni widzą we mnie osobę dorosłą czy młodą siksę. Może to ich problem, a nie mój?

Chciałabym żeby kolejny rok, a tym samym cały ten czas, który mam do trzydziestki, był czasem dla mojej rodziny (a w pewnym sensie to nieuniknione, bo nachodzi na to roczny urlop macierzyński). Chciałabym umieć dawać więcej z siebie i doceniać chwile, które mam. Chciałabym zadbać o nasze zdrowie i zapewnić dzieciakom (głównie Jurkowi, bo Hanka jeszcze mało co- jeśli w ogóle coś- będzie z tego roku pamiętać) fajne wspomnienia. Chciałabym znowu, żeby i mój Małżonek mógł się dziwować, jak i ja, z tego, że zasłużył na taką fajną dziołchę.

Tyle z rozważań o mijającym czasie w odniesieniu do moich urodzin. Pozostają jeszcze zbliżające się urodziny Hanki. Coraz bliżej do dnia zero. Fizycznie czuję się już znacznie lepiej, nawet zaczęłam ćwiczyć, choć nie są to ćwiczenia, które można by uznać za specjalnie intensywne- takie tam raczej przygotowanie do porodu. Wyglądam już jak typowy przemytnik arbuzów, więc i coraz cześciej słyszę gratulacje z okazji mego stanu. Chyba już nie jestem posądzana o obżeranie się pierogami po nocach, bo jednak moja sylwetka żółwia ninja (któremu skorupa zjechała na złą stronę) jest już oczywista. Psychicznie? No staram się. Jura akurat przechodzi gorszy okres więc dzień w dzień mamy awantury i płacze. Ja staram się nie płakać :) – konsekwentnie daję mu do zrozumienia, że to ja tu rządzę i jak mówię, że trzeba wracać do domu z placu zabaw, bo matka zaraz się zsika, to trzeba.
To już trzeci trymestr. Już teraz z górki (dosłownie, bo toczenie się, jest ostatnio moim ulubionym sposobem poruszania się)…

Xoxo,

Mum

Co ze mną robi filiżanka kakao

Weź. Weź mnie do teatru, do kina albo na wystawę (byle nie sklepową). Zabierz mnie gdzieś, gdzie zapomnę, że jestem czyjąś matką, że muszę być rozsądna i pamiętać o wszystkim. Wytłumacz im wszystkim, że jestem czasowo niedostępna, bo pracuję nad sobą samą. Bo sobie samej smażę naleśniki, piekę ciasto i sama zjem cały makaron ze szpinakiem.

Czasem potrzebuję mieć Cię tylko dla siebie. Żebyś nie musiał być ojcem, synem a nawet mężem. Żeby znów przez chwilę być tylko Grzesiem i Pauliną, przyjaciółmi, partnerami i kochankami. Bez kredytu, dzieci i samochodu. Bez pracy, obowiązków i zważania na porę dnia. Czasem bym tak chciała, ale na krótko.

Na godzinę albo dwie. Nie dłużej. Bo tak, jak jest na codzień- ze smażeniem naleśników, wyrzucaniem śmieci, sprzątaniem zabawek, grą w berka po osiedlu i praniem skarpetek rozmiar 45- jest mi zupełnie cudownie.

Kocham to swoje życie i ludzi, którzy w nim uczestniczą. Chyba to dobrze.

Xoxo,

Mum

Gadatliwa Bestia

Szybko zaczął chodzić i równie szybko zaczął mówić. Moja Bestia, zwana Jerzykiem, nie cacka się, jak mamusia, z każdą nabywaną umiejętnością- przechodzi od razu do konkretów. Chodzimy? No to mnie dogoń. Mówimy? No to spróbuj wtrącić choć zdanie, gdy ja będę rozwijał swoje zdania złożone podrzędnie i nadrzędnie. Nie sikamy już w majtki? Luz, sikajmy do kibelka… I tym podobne. Ja się stresuję i gimnastykuję, on wszystko załatwia na luzie (i spontanie). Cały tatuś, jak się okazuje, nie tylko wizualnie są tacy sami.

Ale ja nie o tym, ja dziś chciałam o Puciu.  Było kiedyś o onomatopejach, dziś będzie i o tym, i o wyrazach. Nauka mówienia jest jedną z najważniejszych w rozwoju dziecka, nie są to czcze słowa. Rozwijanie komunikacji (werbalnej) może być (i jest) łatwe i przyjemne (nie mówiąc już o inteligencji emocjonalnej, społecznej i jako takiej) dzięki książkom. Szczególnie dzięki mądrym książkom, które zostały opracowane i stworzone (narysowane, napisane i wydane, bo i o sposobie wydania zapominać nie należy) przez ludzi znających się na rzeczy. Cała seria „Uczę się: mówić, wymawiać i opowiadać” Wydawnictwa Nasza Księgarnia do takich książek należy.

My, na razie, cieszymy oczy i korzystamy z dwóch wydań o Puciu- „Pucio uczy się mówić” i „Pucio mówi pierwsze słowa” oraz „Wierszyki ćwiczące języki”. Zbiorczo można napisać, że książki są dobrze wydane- puciowe mają twarde strony i odpowiedni dla młodzieży dwuletniej format, a wierszyki wytrzymują małe rączki pomimo papierowych stron- oraz dobrze zilustrowane. Być może komuś estetyka pani Kłos odpowiadać nie będzie, jednak Jerzynce bardzo przypadła do gustu. Każda z pozycji rozpoczyna się wprowadzeniem dla rodziców. Dowiadujemy się, o my niewyedukowani, w jaki sposób efektywnie korzystać z książki i wspierać wysiłki naszych Gargameli w drodze do wytwarzania zawiłych monologów. Logopedia na wesoło. To jest to, co tygryski lubią najbardziej.

My swoją przygodę zaczęliśmy z „Pucio uczy się mówić”. Książkę zamówiłam w związku z szałem na Bintę, Babo i Lola, bo Pucio pisany jest podobnym stylem, a dźwiękonaśladownictwo, w nim zawarte, tylko dodawało tej pozycji walorów. Był to strzał w dziesiątkę.

nk.com.pl

Później udało mi się upolować, chyba w Lidlu, wierszyki. Książka przeznaczona jest, co prawda, dla cztero- i pięciolatków, jednak takie mówiące dwulatki, jak Jerzyna, spokojnie (i nad wyraz dobrze) sobie z nią poradzą.

nk.com.pl

W związku z tym, gdy tylko wyszedł nowy Pucio, nabyliśmy go czym prędzej po dacie premiery. Jura- zachwycony, matka- również, choć myślałam, że jednak będzie to fail. Gwoli wyjaśnienia. Jurek pięknie mówi, buduje złożone (i wielokronie złożone) zdania, dużo powtarza i dopytuje się o znaczenie wyrazów, które słyszy po raz pierwszy. Troszkę sepleni, ale jest to „normalne” na tym etapie. Martwiłam się więc, że nowy Pucio się już nie przyjmie, że Jerzynka z niego nie skorzysta. Okazało się, że zupełnie nie potrzebnie łamałam sobie tym głowę.

nk.com.pl

Jurek w Puciu jest zakochany, każe go sobie czytać niemal codziennie i tłumaczy, że on też będzie chodził, (jak Pucio) do przedszkola z samolotem i też ma (jak Pucio) dzidzię (tylko, że w maminym brzuszku). Bardzo udany zakup. Polecam.

 

Xoxo,

Mum

Wyprawka podejście drugie. Akt drugi

Ostatni wpis nawet nie nadwyrężył tematu wyprawki, a co dopiero wyczerpał. Ledwo go musnął. Jak każda, zajarana kupowaniem nowych rzeczy dla swoich dzieci, matka zacznę więc znów od tematu wyprawki niemowlęcej dla dziecka. Bo pamiętać należy, że gdy jeden Gagatek pałęta się już Wam pod nogami, to wejście w nową rzeczywistość, jaką jest bycie starszym bratem lub siostrą, również wymaga przygotowań- szczególnie, jeśli nie jest się świadomym tego, że matka połowę waszych rzeczy odda młodszemu rodzeństwu. Z tego właśnie powodu, czyli przymusowego podzielenia się swoimi, bądź co bądź, skarbami, Jerzynie także należą się nowe gadżety.

Wyprawka dla starszego brata #1

  • stopień do wózka, dla starszaka (bo choć Jura jest duży, to od kiedy jestem w ciąży znów musieliśmy powrócić do poruszania się wózkiem- głównie ze względu na moje zasłabnięcia, wózek dawał mi w takich chwilach oparcie a Jurek był w bezpiecznym miejscu, oraz fakt, że nie mogę dźwigać całego tego cyrku, który zawsze ze sobą nosimy. I właśnie przez ten powrót do jeżdżenia wózkiem, taki stopień będzie koniecznością),
  • nowa, dorosła kołdra i stosowna do niej pościel (Jerzyna od skończenia półtora roku ma duże, dorosłe łóżko 90×200 Ikea Kura, wobec czego zapas prześcieradeł już mamy, jednak wciąż spał pod małą, niemowlęcą kołdrą. Teraz dostał nową kołderkę (z Ikea) dla starszaka, rozmiarowo jedynie troszeczkę większą, więc myślę, że w niej nie utonie- a co to za frajda spać pod nowymi rzeczami… HOHO),
  • prezent(y) od dzidziusia dla najlepszego starszego brata…

I chyba ten ostatni punkt zasługuje na dłuższe wyjaśnienie. Długo zastanawialiśmy się w jaki sposób, i kiedy, poinformować Jerzynę o moim nadzianym brzuszku. Wiele książek (i blogów, i forów sic.!) przeczytałam, zanim podjęliśmy jakąś decyzję. Jura dowiedział się pod koniec mojego pierwszego trymestru, w samego Sylwestra, ale przez cały ten czas, gdy my już wiedzieliśmy o ciąży, był indoktrynowany przez informacje typu: „a Jasia mama ma w brzuszku dzidzię, ale fajnie, że Jasio będzie miał braciszka lub siostrzyczkę”, „a wiesz, że byłeś u mamusi w brzuszku?”, „jak mama i tata się baaardzo kochają to czasem do brzuszka dostaje się dzidzia”, „a jak wyszedłeś z brzuszka to ciągle płakałeś i jadłeś mleczko z cycusiów”, „a dzidzia nie umie mówić i chodzić, ani nawet siadać” oraz dostawał masę książek opowiadających o posiadaniu rodzeństwa (o nich wkrótce). Po co to wszystko? Żeby pytał, żeby sam zaczął się interesować. I właśnie w Sylwestra Jerzy Mój, będąc pod wpływem naszej propagandy, stwierdził, że chciałby mieć braciszka lub siostrzyczkę. No to my- hop na kanapę i mu mówimy, że tadddaaam dzidzia jest w brzuszku i ma dla niego prezent. Jurek ucieszył się więc, z prezentu(wieeelkiego 100cm psa), i temat został wprowadzony. I mamy tu prezent #1, prezent #2 jest jeszcze planowany. Po co aż dwa prezenty od dzidziusia? Prezent numero uno, w naszym przypadku, miał wprowadzić Jerzynę w problematykę bycia starszym bratem- numero due będzie miał na celu odciągnięcie jego uwagi od mojej nieobecności. Bo będę nieobecna. Bo pójdę rodzić i nie wiem jak szybko wrócę z Małą do domu po porodzie. Bo będę ją przewijać, karmić i usypiać, gdy Jerzyk będzie obok. Bo nie będę już tylko dla niego. Dlatego prezent #2 musi być totalnie, mega, niesamowicie wypasiony. Myślimy nad wózkiem z narzędziami Janodu- ale jest to jeszcze kwestia sporna.

No ale wróćmy do Hanki. Bo wyprawka dla niej to także wszystko to, co sama zamierzam jej uszyć. Bo, choć się tym na blogu nie chwalę, wciąż coś tam, coś tam na tej maszynie majstruję od czasu do czasu. Zamierzam się do uszycia nowej pościeli dla Żaby, pościeli tak na kołderkę, jak i na (ten okrutnie żółty od kremów) rożek po Jerzynce, oraz czapeczek, sukieneczek i spodenek. W niedalekiej przyszłości wybieram się w tym celu na zakupy, pochwalę się wtedy wzorami- póki co, myślę o brązach, ceglanym czerwonym, brudnym różu i karminach, ale granatami, bielą i pomarańczami też nie pogardzę.

Jeszcze szykuje się post o wyprawce dla mnie.

Xoxo,

Mum

Wyprawka

Pozwalam sobie ostatnio myśleć już o wyprawce. Powoli, po malutku przeglądam strony z akcesoriami dla niemowląt… Nieśmiało planuję i zastanawiam się, co nowego potrzebuję, co już mam, czego chcę się pozbyć.

Rozmyślania nad wyprawką przybrały na intensywności od zeszłego tygodnia. Dlaczego? Bo znamy już płeć. Wiemy, że ten Gagatek w brzuchu, to nikt inny, jak nasza Hania (ewentualnie Basia, choć Waść Jerzy obstawia, że Hanka). Będzie więc parka. No i cudnie, ale co z wyprawką?

Mówiąc o wyprawce, myślę o rzeczach dla Małej i rzeczach dla mnie. Tak z jednej, jak i z drugiej kategorii pewne drobiazgi mi pozostawały jeszcze po ciąży z Jerzynką.

Wyprawka dla noworodka podejście #2

Rzeczy, które zostały mi po Jerzynce to:

  • łóżeczko,
  • wózek 2w1 Emmaljunga Nitro, który kocham i uwielbiam,
  • torba do wózka Emmaljunga,
  • torba termiczna (przyda się tatusiowi, jakby wybrał się na spacer sam z dziewczęciem, a córa zgłodniałaby- będzie ciepłe, mamine mleko),
  • podgrzewacz do mleka Canpol (bo moje mleko czasem też trzeba będzie podgrzać, gdy wybędę na miasto),
  • fotelik samochodowy maxi cosi pebble,
  • kilka zestawów pościeli, prześcieradeł i kołderka (noworodkowa i niemowlęca),
  • chusta natibaby,
  • wanienka,
  • laktator elektryczny Medela Swing (mój najlepszy przyjaciel),
  • chusta do karmienia piersią (taka zasłona z usztywnianą górą, by spokojnie karmić w miejscach publicznych- wiem, że dla niektórych niepotrzebny gadżet, z moimi problemami z karmieniem używałam jej dużo),
  • karuzela na łóżeczko (wiele cennych minut dzięki niej zyskałam- używałam po pierwszym miesiącu życia Jerzynki),
  • kilka(dziesiąt) ciuchów, które spokojnie wdzieje też młode dziewczę,
  • cztery sztuki prawie nowych otulaczy bambusowych niemowlęcych mniejszego rozmiaru,
  • rożek (trochę nadwyrężony przez żółte kremy i inne maści, którymi smarowałam Jerzynową ciemieniuchę),
  • przewijaki różne (m.in. z Emmaljungi) na wyjścia miastowe,
  • kosmetyki Jerzynowe,
  • zapas płynu do prania Lovela,
  • obcinacz do paznokci,
  • poduszka do karmienia kura babci Dany,
  • szumiś, którego wygrałam w konkursie na fan page’u jednej z warszawskich blogerek (nówka sztuka, Jura go na oczy nie widział, bo miał już półtora roku, gdy szumiś się do nas wprowadził).

Rzeczy, które muszę dokupić:

  • pieluchy tetrowe (sztuk 5),
  • duży otulacz bambusowy- zakupiłam zestaw z mothercare w romby koralowo-różowe,
  • kocyk tkany (bo Jerzynowe są same grube, kupowane na zimę, a tu będę miała letniego bobasa)- wymarzyłam sobie Poofi,
  • materac do łóżeczka Vyssa Skönt z Ikea,
  • wodoodporny podkład na łóżeczko (Ikea!),
  • przewijak usztywniany- zakupiłam z miarką (jurkowy został porwany),
  • podkład na przewijak (Ikea),
  • ręczniki- kupię w Ikea,
  • smoczki (wolę mieć- Aventu silikonowe),
  • nakładki na brodawki Medela (jak wyżej),
  • smoczek do butelki Medela Calma (bo mimo, że karmić będę piersią, zamierzam czasem Królewnę zostawić z tatą lub babcią na kilka godzin),
  • szczotka do włosów z naturalnego włosia,
  • woreczki do przechowywania ściągniętego mleka,
  • elektryczna frida (podobno takie są, ktoś używał?),
  • aptekowe drobiazgi: sól fizjologiczna, gaziki jałowe, Octenisept, duże waciki do mycia pupy, chusteczki nawilżane olejami Rossmann, krem z filtrem (bo i Jerzynie się skończył),
  • nowe bodziaki (5-cio pak z długim rękawem i 5-cio pak z krótkim) i nowy zestaw (lub zestawy dwa) ciuszków na wyjście ze szpitala, czyli albo bodziak i pajac, albo bodziak i śpiochy, a do tego sweterek, 3 sztuki skarpetek niemowlęcych- wszystko będę kupować na rozmiar 56.

I to w zasadzie tyle. Oczywiście, pojawi się w międzyczasie masa innych, niezbędnych rzeczy, szczególnie gdy Mała będzie już po tej stronie brzucha. Jest to nieuniknione i przyjmiemy to na klatę.

Mówiłam jeszcze o rzeczach, które planujemy wymienić- bo pozbywając się czegoś, zamierzam kupić coś na ich miejsce. Takich gadżetów mamy kilka, ale one potrzebne będą dopiero po kilku miesiącach życia Żaby, więc teraz rozpisywać się nie będę, niemniej teraz sprzedajemy naszą huśtawkę elektryczną Caretero Buggies Red. Dlaczego? Ze względu na ograniczony metraż naszego M3. Z huśtawki byłam zadowolona i pewnie bym się jej nie pozbywała, gdyby nie fakt, że zajmuje dużo (bardzo dużo) miejsca i jest mało mobilna. Gdy w każdym pokoju mamy już jakieś zabawki Jurka, a on sam, porusza się po domu jak strzała, biegiem, nie możemy sobie pozwolić na taką utratę przestrzeni. Huśtawkę zamieniamy na kołysko-bujaczek Tiny Love. Ocenimy, gdy już będziemy mieć.

Temat pozostaje niewyczerpany.

Xoxo,

Mum