Bez pomysłu na tytuł

Siedzę sobie pod kocem na tarasie u rodziców. Jurek śpi w swoim starym łóżeczku w sypialni na piętrze, a Hania mruczy w wózku obok mnie. Jest jeszcze ciepło, choć gołe nogi lepiej już trzymać okryte. Przydałaby się jeszcze herbata. Idealnie by było.

Taki cudowny obrazek, doskonałe popołudnie. A ja nie umiem się takimi rzeczami cieszyć. Myślałam, że umiem, że doceniam, ale to tylko ułuda. Zawsze znajdę powód do zamartwiania się. Hania ma katar, przed Jurkiem pierwsze samodzielne dni w przedszkolu, w domu bałagan… Zawsze się coś znajdzie. Mój Małżonek ostatnio mi to uświadomił. Nie wiem kiedy to się stało, że się taką starą babą, edit. starą i nieznośną, stałam.

Gdy myślę o sobie, lub o tym jak ludzie mnie odbierają, myślę o kimś raczej pozytywnym, lubiącym żartować, optymistycznie nastawionym i uśmiechniętym. Ale gdy tak się zastanowię porządnie to w domu, gdy jesteśmy już wszyscy razem, jestem raczej robotem. Wiem, że jest kolejna para dorosłych rąk do pomocy, więc biegam po domu zbierając zabawki, ubrania, książki i jedzenie, układam, piorę i chowam (w tej kolejności). Nie mam czasu na uśmiechy czy small talki, ważne jest wykorzystanie wieczoru do cna. Zrobienie i dokończenie wszystkiego, czego nie dało się zrobić za dnia z dwójką glonojadów przy boku. Ironia losu, co? Bo przy tej jednej osobie, najważniejszej, z którą chcę spędzić resztę życia, jestem odpychająca marudą. Dużo pracy nad sobą będzie mnie to kosztować.

Potrzeba mi tego luzu, podejścia laisser-faire… Za dużo mam na głowie i za mało robię dla siebie. Zresztą taki mam klimat :) taki czas, kiedy dzieci zmieniają tryb dnia i trzeba się go na nowo nauczyć. Dopasować się do siebie, zgrać i lepiej poznać. Może myślenie o sobie zmieniło by tą prawie pustą szklankę, w prawie pełną?

Od przyszłego tygodnia wracam do angielskiego i francuskiego. Powoli myślę o hiszpańskim i może, za jakiś czas, nowym języku. Wracam na zumbę (Bąku szykuj się) i jem lepiej. A jem lepiej bo sama gotuję. Sama samiutka. Obieram i wciskam te przyciski w Thermomixie. Idealna maszyna dla mnie. Łopatologicznie wszystko roztłumaczy i sama zrobi. Ahhhh…

Xoxo,

Mum

Szlag

Ideał. Każdy chce go osiągnąć. Idealny wygląd. Idealny dom. Idealna praca. Idealne życie. Idealne zainteresowania i umiejętności. Idealny partner i dzieci.

Żadne tam fałdki na brzuchu i pod brodą. Żadny tam codzienny wkurz, że brak odwagi na zmianę pracy. Żadne tam parówki z keczupem i usyfiony piekarnik. Żadne tam lenistwo i brak chęci. Nic z tego nie przejdzie, a jeśli do tego dochodzi trzeba koniecznie zamieść ten fakt pod dywan.

Nie wiem, może tak się da. Może jest to możliwe. Może zwyczajnie zrzędzę jak ta stara baba. Cóż, z ideałów mam tylko dzieci. Banał, ale jakże prawdziwy. Staram się i chyba zbyt wysoko stawiam poprzeczkę, a później sobie wyrzucam, że nie chciało mi się ćwiczyć gdy w końcu oboje śpią, bo wolałam obiad zrobić lub pranie powiesić. Bo od perfekcjonizmu dawno odeszłam, choć wciąż do niego aspiruję. Bo tak jakoś mi w życiu wyszło, że postawiłam na rodzinę a nie karierę. Bo zamiast szyć na zamówienie lub pisać dla kasy robię to hobbystycznie.

Ideał. Szlag to.

Xoxo,

Mum

Matka

Nie jestem jedną z tych ig matek. Nie umiem pozować do zdjęć, nie potrafię robić perfekcyjnych fotek wnętrz i zwyczajnie brakuje mi czasu na latanie z aparatem.

Nie jestem też jedną z tych bywających matek. Jasne, staram się ruszać gdzieś z Bąkami, ale wciąż czuję się w tej logistyce słabo. Zwyczajnie wolę jechać do rodziców do domu, wypuścić Jerzynę na ogródek niż jechać gdzieś na plac zabaw czy szwendać się po kawiarniach (co teraz jest w zasadzie niewskazane- bo unikamy urazów przez ten złamany obojczyk, więc ogródek dziadków jest jedyną sensowną alternatywą w te upały).

Nie łazimy też na żadne darmowe dzieciowe eventy, których jest, bez kozery, całe mnóstwo w Warszawie, bo nie lubimy. Nie lubimy tłumów, hałasu i problemów z parkowaniem. Jesteśmy dziki, jak to mówią moi rodzice, nie nadajemy się do ludzi.

Nie jestem matką, która może wytrzymać w syfie. Bałagan mnie męczy, męczą mnie okruszki na podłodze i kurz na zabawkach Jurka. Męczy i dręczy. Wolę nie spać i umierać z przemęczenia niż pozwolić by syf królował w domu.

Nie jestem też luzacką matką, oj nie. Ja raczej z tych, co to kij połknęli. Trudno mi się zapomnieć, pobrudzić, wytarzać w piachu czy leżeć w trawie- mam alergię na polne chwaścidła i nie znoszę owadów, taki ze mnie prosty, miastowy człek, żadna tam romantyczna dusza.

Nie jestem matką kumpelą. Jestem rodzicem i moje dziecko ma się mnie słuchać i przestrzegać zasad, które ustaliłam. Nie daję sobą rządzić, co nie znaczy, że nie słucham tego, co moje dziecię ma do powiedzenia.

Nie jestem też matką bijącą. Co to, to nie. W życiu nie podniosę ręki na moje dziecko i nie pozwolę innym tego zrobić. Jestem matką lwicą, co to rozszarpuje wszystko i wszystkich, którzy zagrażają jej dziecku.

Chciałabym bardziej wyluzować, mniej się martwić. Popłynąć tym macierzyństwem. Chciałabym, ale jakoś wciąż się boję, wciąż powstrzymuje mnie logistyka i strach przed ostracyzmem społecznym. Karmię Hankę na placu zabaw, ale tego nie lubię. Nie chcę jechać z nimi na zakupy do supermarketu, wolę kupować przez internet. Nie chcę jechać do centrum na spacer, wolę ogródek rodziców. Nie chcę, ale czasem bym chciała. I weź mnie tu zrozum.

Xoxo,

Mum