Gadatliwa Bestia

Szybko zaczął chodzić i równie szybko zaczął mówić. Moja Bestia, zwana Jerzykiem, nie cacka się, jak mamusia, z każdą nabywaną umiejętnością- przechodzi od razu do konkretów. Chodzimy? No to mnie dogoń. Mówimy? No to spróbuj wtrącić choć zdanie, gdy ja będę rozwijał swoje zdania złożone podrzędnie i nadrzędnie. Nie sikamy już w majtki? Luz, sikajmy do kibelka… I tym podobne. Ja się stresuję i gimnastykuję, on wszystko załatwia na luzie (i spontanie). Cały tatuś, jak się okazuje, nie tylko wizualnie są tacy sami.

Ale ja nie o tym, ja dziś chciałam o Puciu.  Było kiedyś o onomatopejach, dziś będzie i o tym, i o wyrazach. Nauka mówienia jest jedną z najważniejszych w rozwoju dziecka, nie są to czcze słowa. Rozwijanie komunikacji (werbalnej) może być (i jest) łatwe i przyjemne (nie mówiąc już o inteligencji emocjonalnej, społecznej i jako takiej) dzięki książkom. Szczególnie dzięki mądrym książkom, które zostały opracowane i stworzone (narysowane, napisane i wydane, bo i o sposobie wydania zapominać nie należy) przez ludzi znających się na rzeczy. Cała seria „Uczę się: mówić, wymawiać i opowiadać” Wydawnictwa Nasza Księgarnia do takich książek należy.

My, na razie, cieszymy oczy i korzystamy z dwóch wydań o Puciu- „Pucio uczy się mówić” i „Pucio mówi pierwsze słowa” oraz „Wierszyki ćwiczące języki”. Zbiorczo można napisać, że książki są dobrze wydane- puciowe mają twarde strony i odpowiedni dla młodzieży dwuletniej format, a wierszyki wytrzymują małe rączki pomimo papierowych stron- oraz dobrze zilustrowane. Być może komuś estetyka pani Kłos odpowiadać nie będzie, jednak Jerzynce bardzo przypadła do gustu. Każda z pozycji rozpoczyna się wprowadzeniem dla rodziców. Dowiadujemy się, o my niewyedukowani, w jaki sposób efektywnie korzystać z książki i wspierać wysiłki naszych Gargameli w drodze do wytwarzania zawiłych monologów. Logopedia na wesoło. To jest to, co tygryski lubią najbardziej.

My swoją przygodę zaczęliśmy z „Pucio uczy się mówić”. Książkę zamówiłam w związku z szałem na Bintę, Babo i Lola, bo Pucio pisany jest podobnym stylem, a dźwiękonaśladownictwo, w nim zawarte, tylko dodawało tej pozycji walorów. Był to strzał w dziesiątkę.

nk.com.pl

Później udało mi się upolować, chyba w Lidlu, wierszyki. Książka przeznaczona jest, co prawda, dla cztero- i pięciolatków, jednak takie mówiące dwulatki, jak Jerzyna, spokojnie (i nad wyraz dobrze) sobie z nią poradzą.

nk.com.pl

W związku z tym, gdy tylko wyszedł nowy Pucio, nabyliśmy go czym prędzej po dacie premiery. Jura- zachwycony, matka- również, choć myślałam, że jednak będzie to fail. Gwoli wyjaśnienia. Jurek pięknie mówi, buduje złożone (i wielokronie złożone) zdania, dużo powtarza i dopytuje się o znaczenie wyrazów, które słyszy po raz pierwszy. Troszkę sepleni, ale jest to „normalne” na tym etapie. Martwiłam się więc, że nowy Pucio się już nie przyjmie, że Jerzynka z niego nie skorzysta. Okazało się, że zupełnie nie potrzebnie łamałam sobie tym głowę.

nk.com.pl

Jurek w Puciu jest zakochany, każe go sobie czytać niemal codziennie i tłumaczy, że on też będzie chodził, (jak Pucio) do przedszkola z samolotem i też ma (jak Pucio) dzidzię (tylko, że w maminym brzuszku). Bardzo udany zakup. Polecam.

 

Xoxo,

Mum

„Zaśnij ze mną” i „Wszyscy ziewają”

Problemy z usypianiem Jerzyny, częściowo zrodzone z mojej potrzeby panowania nad wszystkim, miałam niemal od jego pierwszych miesięcy życia. Powiedzieć, że dużo na ten temat się naczytałam, to powiedzieć nic. Teorie usypiania niemowląt, metody wspierające wyciszenie się dziecka przed snem, rady innych mam (fora internetowe do dziś są moją zmorą) i (sic!) zapoznanie się z ofertą Pani Dobrejnocki (zaklinaczki dzieci…)- jasno dają do zrozumienia, że borykałam się z kwestią usypiania Jerzyny dosyć intensywnie.

Ostatecznie wypracowaliśmy, względną, rutynę usypiania, tak drzemkowego, jak wieczornego. Polegała ona na włączeniu muzyki (relaksacyjnej dla niemowląt lub kołysanek Grzegorza Turnau i Magdy Umer), wygodnym usadzeniu się w bujanym fotelu, przykryciu kocykiem i czytaniu od dwóch do czterech, pięciu książek. Następnie książki były odkładane, a Jerzyna utulana na moich kolanach i odkładana do łóżeczka. Wieczorem sprawa wyglądała identycznie, z jedną różnicą- usypianie odbywało się już w łóżku, a po czytaniu, zamiast bujania na fotelu, było masowanie plecków, brzuszka, nóżek, czy co tam Jerzozwierz podepchnął mi pod rękę, do wtóru z mruczeniem kołysanek.

Sprawa się skomplikowała, gdy zaciążyłam. Jura swoje waży. Waży nawet dosyć dużo, bo 17kg. Przenoszenie go do łóżeczka nie wchodziło więc już w rachubę. Dodajmy do tego moje mdłości i senność, i okaże się, że czytanie kilku książek też nie zawsze było możliwe. O ile modyfikacja wieczornego tulenia była banalnie prosta, Grześ przejął stery w kwestii czytania książek, ja już tylko kładłam się z ziewającym Królewiczem i posłusznie wypełniałam rozkaz: „Głaskaj Mama!”, o tyle pora drzemki była znów kłopotliwa. Na placu boju pozostawałam sama, bez wsparcia silnych, męskich ramion Mego Męża. A Jerzyna, jak to Jerzyna, odmawiał zaśnięcia w łóżku, bez wcześniejszego bujania w fotelu oraz domagał się czytania całej sterty książek. Pierwszy problem rozwiązałam poprzez bujanie Mojego Chłopaka na kolanach, siedząc już w łóżku, by gdy już zaśnie, po prostu go położyć. Na drugi problem też znalazłam rozwiązanie. Jakie? Książki do usypiania. Krótkie, wprowadzające w temat zasypiania, dobrze wydane (czyli po prostu nierozpadające się po kilku użyciach) książki.

„Wszyscy ziewają” Anity Bijsterbosch oraz „Zaśnij ze mną” Ramadier’a i Bourgeau’a– to one pomagają Jerzynce zasnąć.

„Wszyscy ziewają” Anita Biksterbosch

 
Pierwsza pozycja, wydana przez wydawnictwo Adamada, jest książką z okienkami, której czytanie wymusza ziewanie (nie czuję, że rymuję). Wiadomo, chyba wszystkim, że intensywne ziewanie prowadzi do szybszego zasypiania- a ja bardzo pilnuję, żeby to Jurek „pokazywał”, jak każde zwierzątko ziewa. Książka ma twardą okładkę i dosyć sztywne kartki, więc powinna znieść jeszcze wiele nocy. Ciekawe ilustracje zapewniają masę radości Jurkowi, który może podejrzeć uzębienie szopa czy świnki. Zwięzły tekst i odpowiednia ilość bohaterów gwarantują, że nawet jeśli Was bardzo mdli, przeczytacie do końca.

 

 

 

„Zaśnij ze mną” Ramadier i Bourgeau


Pozycja druga należy do mojej ulubionej kategorii książek, mianowicie książek interaktywnych. „Zaśnij ze mną”, wydawnictwa Babaryba, wymusza na Waszym dziecku wcielenie się w osobę, której zadaniem jest uśpienie książki. Nie tylko musi przykryć ją, książkę, kocykiem, opowiedzieć bajkę czy zaśpiewać kołysankę, ale również zadbać, by książka umyła przed snem zęby i zrobiła siusiu. Twarde, tekturowe strony pozwalają młodemu czytelnikowi na długie użytkowanie, a jego rodzicom, na odkażenie, raz na jakiś czas, książki z soczystych całusów…


A Wy macie jakieś sprawdzone metody usypiania?
Xoxo,
Mum

Pieluchowa indoktrynacja

Zawsze wprowadzam nową, ważną umiejętność Królewicza nową książką, pokazującą jak ktoś tego czegoś się nauczył. Zawsze. Niezależnie od tego czy chodzi o rezygnację ze smoczka, jedzenie sztućcami czy naukę korzystania z nocnika. W tym ostatnim, mamy szokujące wyniki. Jerzynka od lipca jest odpieluchowany w każdym tego słowa znaczeniu. Nauka trwała jeden dzień i pochłonęła trzy pary majtek. I już.

Ale przed tą nauką Jerzynka był torpedowany informacjami o sikaniu, a nocnik stał w toalecie już od kilku miesięcy… Pełnił rolę fotela na czas oczekiwania na kąpiel lub wyszykowanie się mamy oraz używany był zaraz po wstaniu lub tuż przed wyjściem w celach stricte poglądowych. Jak się coś udało w niego zrobić owacjom nie było końca.

Jednak najważniejsza i najskuteczniejsza była (i jest) propaganda. Młodzieniec poddawany był nocnikowej indoktrynacji zapośrednictwem kilku pozycji…
win_20161006_115003
„It’s Potty’s time!”z serii „Read and play” K’s Kids production znamy od dawna… Książeczkę, a w zasadzie całą serię, znalazłam kiedyś szukając prezentu dla bliźniaków Brewkowych na stronie smyka. Wpadłam w zachwyt! Nie dość, że angielski i polski się przeplatają, rymy są to jeszcze motorykę małą można ćwiczyć… Dla małych rączek i oczek jest to bardzo absorbująca zabawka- szeleszczące strony, ludzik, któremu można założyć pieluchę, posadzić na sedesie lub umyć rączki. Bomba! Bardzo polecam, nawet tym, co to angielski wprowadzaliby dopiero w szkole. Warto, tym bardziej, że i cena przystępna… Dodam, że książkę czytamy do dziś, mimo, że Młodzieniec dostał ją w okolicach pierwszych urodzin.
win_20161006_115020

win_20161006_115034

win_20161006_115048

win_20161006_115105

„Nocnik nad nocnikami” Alony Frankel Wydawnictwa Nisza… Według opisu, książka ta jest światowym bestsellerem, szczerze mówiąc nie dziwię się. Poznajemy w niej Bolka i jego mamę, która w zupełnie naturalny i przystępny sposób opisuje budowę ciała bolkowego i jego funkcjonalność. Później okazuje się, że Bolek dostaje od babci prezent- ale nie wie czym, ów prezent, jest i do czego ma służyć… Jerzyna zaśmiewa się, gdy Bolek myśli, że nocnik to miska dla kota albo wanienka dla ptaków (przecież tam się robi kupę, mamoooo…). Piękne ilustracje Alony i pełen ciepła tekst. Trafia do Jerzyny i trafia do mamy Jerzyny. Baaardzooo polecam!
win_20161006_115124

win_20161006_115136

win_20161006_115142

win_20161006_115151
win_20161006_115201win_20161006_115211
Ostatnia książeczka niestety Jerzynce nie podpasowała. „Tupcio Chrupcio Żegnaj Pieluszko!” Elizy Piotrowskiej z rewelacyjnymi, moim skromnym zdaniem, ilustracjami Marco Campanelli. Tupcio, jak na dużą mysz przystało, uczy swoją siostrę korzystania z nocnika. Historia nie porywa, choć uważam, że jest napisana dobrze i wiem, że ma wielu zwolenników. Pełno w niej ciepła, serdeczności i tego rodzinnego smaczku, który dodaje jej dużo uroku. Jerzynka niestety nie jest fanem tej pozycji- lubi jednak oglądać ilustracje. Polecam się zapoznać, bo Tupcio Chrupcio jest bardzo sympatyczną myszą i seria z jego przygodami może spokojnie konkurować z żółwiem Franklinem.Być może Moje Jerzątko nie potrafi jeszcze tego docenić.
win_20161006_115229win_20161006_115250win_20161006_115306win_20161006_115314win_20161006_115331win_20161006_115343

A Wy jakich trików używaliście by pożegnać się z pieluszką raz na zawsze?
Xoxo,
Mum

Lubię Leosia

„Lubię Leosia” miało nam pomóc z emocjami. W zasadzie nie Nam, a Jerzynce. Spędzanie dużej ilości czasu na placu zabaw sprawia, że interakcje z młodzieżą w podobnym wieku, stają się bardziej skomplikowane, a o przyjaźnie i konflikty łatwo. Wpadłam na książeczkę Piji Lindenbaum przypadkowo, jednak bardzo przypadła mi do gustu. Ciekawe ilustracje, krótki tekst…

LENOVO-PK - WIN_20160901_142121

LENOVO-PK - WIN_20160901_142145

LENOVO-PK - WIN_20160901_142158
Książeczka, stylistyką, troszeczkę nawiązuje do książek Susso i Chauda. Na jej podstawie można wyjaśnić nie tylko kwestie przyjaźni i wspólnej zabawy, ale także przewracania cudzych zabawek i bójek, których widmo zaczyna ostatnio nad Nami krążyć.
Moim zdaniem warto zainwestować te kilkanaście złotych. Brawo Zakamarki!
Xoxo,
Mum

Apsik. Brrrum. Hau hau. Księga dźwięków i Onomato.

Onomatopeja. Dźwiękonaśladownictwo jest czymś, co nasze dzieci łapią najszybciej. Brrrum, hau hau, miau i bzzz. Czy każdy załapał o co mi chodzi? Dlatego inwestycja w książki typu „Onomato” lub „Księga dźwięków” nie będzie stracona.

U nas zaczęło się od tej drugiej, „Księga dźwięków” od Wydawnictwa Dwie Siostry autorstwa Bravi Soledad. Faktycznie jest to niezłe tomiszcze, niestety słabo sklejone, zbyt często czytane rozpada się na drobniejsze części.
WIN_20160622_125238
U nas Jurkowy faworyt przez wiele miesięcy. Książka sama w sobie jest genialna. Prosta, ładnie zilustrowana, podpowiada dźwięki, które później zacznie wytwarzać Wasz Szkrab. Mam jednak dwie uwagi. Szpinak robi bleee i Tata robi ćśii?! U nas szpinak robił mniam mniam, a tata był zamieniany na palec robi ćśii… Po pierwsze dlatego, bo szpinak smakuje obłędnie, a po drugie dlatego, że tata ćśiii nie robi, bo i po co? Że niby tata do pracy, a po pracy musi odpoczywać w ciszy? Czemu mama nie robi ćśiii? No nie ważne. Oprócz tych dwóch szczegółów pozycja warta polecenia… Jurek do tej pory do niej wraca, gdy sam rozpozna jakiś dźwięk i chce mi pokazać, co usłyszał… Ostatnio po smykofonii wertował księgę jak szalony. :)
WIN_20160622_125339WIN_20160622_125405WIN_20160622_125453
„Księgę dźwięków” trzeba mieć i już.

„Onomato”, czym jest? Jest to seria książeczek od Firmy Księgarskiej Oleksiejuk i Sp. z o.o., które również podpowiadają dźwięki, ale dzieląc je tematycznie. Pojawiają się więc zwierzęta wiejskie i dzikie, domowe przedmioty, hałaśliwe przedmioty, ptaki wiejskie i dzikie, instrumenty muzyczne…
WIN_20160622_125539
My mamy wszystkie pozycje. Niestety, bądź stety książeczki odkryłam za późno, bo Jurek już niezbyt chętnie do nich sięgał z jednym wyjątkiem… Hałaśliwe przedmioty są u nas często na tapecie. Czemu? Przez wiertarkę i suszarkę… Moje dziecię uwielbia wiertarkę, choć trochę się tego dźwięku boi… Mieszkamy w nowym osiedlu, więc wiercenie słychać u nas dosyć często. Jurek natomiast, ponieważ nie potrafił tego dźwięku zinterpretować, bardzo się bał za każdym razem, gdy któryś z sąsiadów wieszał obraz lub półkę. Onomato pomogło oswoić ten dźwięk. À porpos takiego oswajania, teraz używamy do tego youtube’a. Samoloty i dzwony kościelne,to kolejne dziwne dźwięki trudne do zlokalizowania, a poznane na youtubie nie są już takie straszne.
WIN_20160622_125609

WIN_20160622_125624

WIN_20160622_125649

Grafika nie powala w obu przypadkach, jednak jest to typowa kreska dla dzieci- a pies wygląda jak pies, a nie jakieś trudne do zinterpretowania zwierzę, więc nie ma co narzekać. Onomato góruje nad Księgą dźwięków wykonaniem, nie rozpada się i nie waży pół kilograma, co dla małych rączek ma znaczenie ale i kosztuje mniej, co natomiast ma znaczenie dla portfela rodziców.

Macie którąś z tych pozycji?
Xoxo,
Mum

Idziemy na niedźwiedzia.

Kolejna z książek podpowiedzianych przez kumpelę ze Stu Pociech… Paulina zachęciła mnie do niej piękną grafiką, powtarzanym tekstem, historią rodzinną… Och i ach. I co? „Idziemy na niedźwiedzia” Michaela Rosena i Helen Oxenbury faktycznie Jerzynie się podoba. Ale ja się tej książki boję.
ksiazka-idziemy-na-niedzwiedzia_big
Spokojnie, nie jest to mroczna historia, nie zawiera treści nieodpowiednich dla dzieci… Po prostu budzi we mnie sprzeczne uczucia. Cała rodzina pokonuje długą drogę przez rzekę, mokradła, las do jaskini niedźwiedzia… by spotkawszy go czmychnąć przed nim pod kołdrę do domu.
Co mnie razi w tej książce? Zła mina niedźwiedzia, biało-czarny szkic niektórych fragmentów drogi, fakt, że niedźwiedź później ich goni i ten powtarzający się tekst…
201510221334480.22346700d

phpThumb_generated_thumbnail
Brrrrr… Nie lubię jej czytać. Nie lubię jej czytać na tyle, że schowałam ją w szafce. Bo oczywiście Jerzynce książka się bardzo podoba. Podobno, tak twierdzi Paulina, dzieci się lubią bać.
No cóż, ja nie lubię. Sorry Dwie siostry, dla mnie ta książka słabo nadaje się do rodzinnej zabawy.
Xoxo,
Mum

Rok w lesie.

Okazuje się, że lekcje przyrody z podstawówki nie poszły na marne. Coś jednak z tego działu pamiętam, i nie chodzi mi tylko o temat recyklingu. „Rok w lesie” kupiłam już po nabyciu „Roku w mieście”, za namową koleżanek ze Stu Pociech. Nie byłam pewna czy to dobry zakup, no książka początkowo Jurka nie interesowała, do czasu…
Wybraliśmy się do zoo…

Mamo, a co to? Taki kot?
Mamo, a co to? Taki kot?

Taki Kot.
Taki Kot.

DSC_0592Tak wiem, w lesie żyrafy nie uświadczysz, ale ptaki, jelenie i żubry owszem. Po wizycie w naszym warszawskim zoo Jerzynka sama sięgnęła po tę, nie małą gabarytowo, lekturę. Póki co książkę ogląda sam siedząc na swoim łóżku, ze mną jej czytać nie chce. Myślę, że na razie oswaja się z nią i być może niebawem stanie się Jego faworytem.

Ale do rzeczy. „Rok w lesie” przyciąga grafiką Pani Dudziak… Która, uwaga, uwaga, przedstawia rok w lesie. Że co? A właśnie to.
2224_rok_w_lesie
Twoje dziecko ma szansę śledzić perypetie tych samych leśnych mieszkańców przez dwanaście miesięcy. Obserwuje (i opisuje) ich życie o danej porze roku. Mamy więc mroźny styczeń, wiosenny kwiecień, gorący lipiec i deszczowy listopad… a do tego, zgodnie z tym, co Nam wbijano do głowy w podstawówce, zwierzęce zwyczaje w poszczególnych miesiącach. Podglądamy czym żywią się zwierzęta, czy wszystkie się lubią, gdzie mieszkają…
rok-w-lesie_fragm_rozklad-1

rok-w-lesie_fragm_rozklad-2
Ale obserwujemy też pracę leśniczego i, nieraz, niezdarnych turystów. Logika, związki przyczynowo-skutkowe, spostrzegawczość, charakterystyka, nauka czytania, rozwijanie zainteresowań przyrodniczych to tylko pierwsze z rzeczy, które przychodzą mi do głowy, a które to książka ta aktywizuje. Nadaje się idealnie dla półtora roczniaka, jak i sześciolatka… Każdy z nich może czytać ją na wiele różnych sposobów. Uwielbiam książki interaktywne, są niezastąpione w podróży, ale i w deszczowy dzień w domu.
Xoxo,
Mum

Susso i Chaud na początek.

„Babo chce!”, „Binta tańczy” i „Lalo gra na bębnie” ostatnio rzadko bywają odkładane na półkę w moim domu. Piękna francuska grafika , krótkie, idealnie dopasowane do obrazka opisy… Ja tę serię uwielbiam, a Jerzynka za nią przepada.
DSC_0790

Przygodę z Evą Susso zaczęliśmy od „Babo chce”. Książkę pierwszego wieczora czytałam Jurkowi cztery razy, a i tak były płacze, że nie pięć.

Babo jest najmłodszy w rodzinie i jeszcze nie mówi płynnie. Wybiera się z siostrą po jagody do lasu, by po powrocie upiec z całą rodziną ciasto jagodowe. Prosta fabuła? Owszem, prosta ale dotycząca rzeczywistości, którą dziecko zna. Czy muszę mówić, że po lekturze Jurek dopadł swoją kuchnię i gotował jak najęty dla misia? Gdy okazało się, że Jerzynce tak przypadło do gustu pióro pani Susso, szybko zaopatrzyliśmy się w dwie kolejne książki o Bincie i Lalo. „Binta tańczy” i „Lalo gra na bębnie” także zostały pokochane od pierwszego przeczytania. Sposób w jaki scharakteryzowany został taniec w „Binta tańczy” nie ma sobie równych. Jerzego fascynował na tyle, że próbował sam te dźwięki (i ruchy) naśladować.
DSC_0792

DSC_0795

DSC_0800

DSC_0802

DSC_0803

Podobnie z grą na bębnie. Jurek bardzo dobrze reaguje na książki Pani Susso. Chce naśladować bohaterów, odpowiada na pytania („Gdzie jest Lalo?”- wskazuje na drzwi), śmieje się z zabawnych sytuacji (gdy Babo puszcza bąki lub paćka śniadanie, zamiast jeść).
DSC_0797

DSC_0798

Przemawiająca do dzieci fabuła, opisana prostym językiem, grafika ręki Benjamina Chauda porywająca tak dziecko, jak rodzica… Pięknie wydane i w atrakcyjnej cenie. Wydawnictwo Zakamarki i tym razem nie zawiodło.

Bardzo polecam, szczególnie dla dzieci po pierwszym roku życia. Dzięki krótkim opisom, które dorosłym mogą się wydać zbyt proste i banalne, jest to lektura idealna i, co najważniejsze, wciągająca młodego czytelnika.
Dajcie znać czy Waszym Szkrabom też będzie pasować…
DSC_0789

Xoxo,

Mum

Książkowe fanaberie.

Jestem zupełnie niepoprawna w kwestii gustòw literacko-filmowych…

Jako wierna fanka Mrożka i wszelkich tròjkowych autoròw (Wojciech Mann my love), chowam pod poduszką kryminały Donny Leon i Andrei Camillerii, a pod łòżko(tak, by nikt ich nie znalazł) wrzucam książki żenująco, żenujące typu „Diabeł ubiera się u Prady” czy inne harleqino-podobne cuda…

Ale to nic… Raz oglądam wszelkie feministyczne dokumentu typu „Misrepresentation”(- polecam!!!!), a raz odpalam tvn playera i w siedzę cały dzień u „Żon z Hollywood”… Taki ze mnie inteligent, co to nie pogardzi pop rozrywką, a i w wyższej kulturze znajdzie ukojenie…
image

Xoxo,
Mum

Staram się tym nie martwić, bo chyba każdy tak czasem ma… co?

Targi książki, czyli co tygryski lubią najbardziej.

20150502_200417

Pierwszy raz na stadionie narodowym był trochę traumatyczny dla Jerzyny, ale nie dla mamy… Targi książki, to jest to, co lubię najbardziej. Nie mam na myśli tych tłumów i kolejek po autografy autorów, ani zapachu kiełbasy z grilla przed wejściem- a jedyną i wyjątkową okazję do zapoznania się z wszystkimi nowościami wydawniczymi.

W tym roku, jak co roku, spędziłam mnóstwo czasu wśròd książek francuskojęzycznych… Noir sur Blanc, jak zwykle nie zawiodło, więc i załapaliśmy się na rozmowę z Davidem Bosc i nabyliśmy drogą kupna omawianą przez niego pozycję oraz parę sztuk ròżnej maści  z Wydawnictwa Literackiego. Prawdziwy szał zaczął się przy książkach dla dzieci. Jerzyna jest dosyć rozpieszczonym czytelnikiem, byle co go nie interesuje.

Odpowiednia książka musi posiadać nie tylko „ładne”, przykuwające wzrok obrazki, szeleścić bądź stukać (chodzi o twardą okładkę)… Książka idealna zawiera tekst, ktòry mama może przeczytać, zaśpiewać i zatańczyć…

Książkowym faworytem została pozycja z wydawnictwa Dwie Siostry napisana przez Agatę Kròlak pod uroczym tytułem „Ròżnimisie”. Natomiast taty ulubioną pozycją okazał się zbiòr wierszy pod redakcją Joanny Dziejowskiej i Elżbiety Wòjcik wydawnictwa SBM…

Podczas gdy tata z synem zagłębiali się w lekturze… Mama relaksowała się (przez całe 15minut) przy waniliowej herbatce kartkując nowe nabytki…

Xoxo,

Mum