Ketchup.

Co robisz Kochanie? Ketchup. Serio? Serio.

Instrukcja. Zbierasz pomidory wyhodowane przez teścia. Wieziesz je do domu. Zostawiasz w kuchni. Chwalisz Męża za cokolwiek. Chwalisz Męża za cuda, cudeńka, jakie wyprawia w kuchni. Pokazujesz siatę z pomidorami. Siadasz. Siedzisz. Siedzisz. Siedzisz.

Zjadasz z żòłtym serem na chrupiącej, wysmarowanej masłem kromce chleba.

DSC_0549 (2)

A przepis podobno stąd.

Xoxo,

Mum

Och Mężu…

Apart of regular functions obtained by every Husband, My Husband has one (or even couple, but let’s stick to the one today), which’s value no one can mesure in any way.

My Husband cooks. But cooking doesn’t mean that he’s able to boil water or cook a sausage. He cooks beautifully, amazingly and irrationally good. He knows which seasoning to use, what and how mix things… He makes such miracles in kitchen… that every culinary expert gains complexes after degustation of his dishes…

And soups? Awwwwww…

Be jealous, just be jealous…

Opròcz funkcji typowych Mężom, Mòj Mąż posiada jedną (a nawet parę, ale nie o tym dziś), ktòrej wartości nie da się zmierzyć, ani obliczyć.

Mòj Mąż gotuje. Nie chodzi o gotowanie paròwek, albo wody na herbatę. Gotuje nie byle jak. Gotuje rewelacyjnie, znakomicie, wybornie… Wie jak doprawić, co z czym połączyć. Serwuje dania, ktòre potrafią wpędzić w kompleksy nie jedną kulinarną znawczynię…

A zupy krem? Ach…
image

Zazdroście, zazdroście..

Xoxo,

Mum

Comida, czyli po co jechać do Hiszpanii?

Do Hiszpanii jedzie się w jednym celu. Po słońce? Złotą opaleniznę? Hiszpańskiego chłopaka? Zakupy w Zarze? Pławienie się w pięknej architekturze, błękicie nieba i turkusie morza?

Do Hiszpanii jedzie się po doznania kulinarne. Rzeczy, z pozoru znane, mają tu inny, nieziemski smak i aromat.

Oliwki, suszone pomidory, bataty, sery, ryby, ośmiornice, mule, kalmary, krewetki, pomidory, ananasy, brzoskwinie, pomarańcze, nektarynki, wszelkie słodkie wyroby… Zajadaliśmy się. Szaleliśmy w Madrycie szukając barów okupowanych przez Madrilenos… W Walencji, Kròlowej paelli, kosztujemy co chwila pyszności serwowane w bulwarowych knajpkach, bądź zajadamy się potrawami gotowanymi przez urugwajskiego chłopaka mojej przyjaciółki… Chorizo!!! Ach… Zajadamy się, ale tylko do jutra… Bo jutro znów Madryt i niebawem powrót do jesiennej rzeczywistości…

Jedyny klops kulinarny? Kawa. Jest paskudna. Jest lurowata. Jedynie w sieciòwkach można znaleźć dobrą, aromatyczną kawę. Sic! W Walencji jest na tyle słabo, że mieszkając przy plaży mamy daleko do Starbucksòw… Poratował Nas Chińczyk- opròcz smaru do wòzka i makaronu, kupiliśmy u niego kawiarkę… Nie ma to jak mocna, czarna kawa…

Odkrycie? Mercado de San Miguel… Targ ze świeżym jedzeniem, idealne miejsce na lunch… Jutro nasz number one na drodze spacerowej… O Mercado jeszcze chyba wspomnę później…

DSC_0127 DSC_0144 DSC_0185 DSC_0150 DSC_0186 DSC_0198 DSC_0209

DSC_0139

Xoxo,

Mum

Słoik, czy nie słoik? Oto jest pytanie…

Słoiki same w sobie od dawna budzą kontrowersje… Gdy idzie o słoiki, to nie chodzi tylko o przyjezdnych warszawiaków, warszawiaków podwarszawskich czy bardziej warszawskich niż warszawiacy… Co podawać niemowlętom przy rozszerzaniu diety? Słoiczki czy jednak domowe jedzenie?

Kwestia jest grubsza… Podawać purée czy całe kawałki… BLW… Co z tym zrobić?

Ja szczerze mòwiąc na początku zupełnie zgłupiałam. Nie dość, że nie wiedziałam co podać jako pierwsze, to jeszcze w jakich godzinach i czy najpierw cycuś czy nowe żarcie? Nie wiadomo… Oczywiście każdy ma w tej kwestii swoje zdanie, a jak internet długi i szeroki, tak tyle opinii i złotych rad można w nim wyczytać.

U nas odpowiedź znalazła się szybko- Jerzyna miał wysypki po „moich” zupkach, więc dermatolog zaleciła podawanie słoiczkòw do momentu, gdy znajdziemy zaufanego dilera niepryskanych warzyw- tudzież warzyw mało pryskanych…

Teraz Jerzyna już ponad dwa miesiące je raz słoiczek, raz moje wyroby… W zależności od dnia i mojego widzimisie… Chociaż też już słyszałam, żem wyrodna matka, co to idzie na łatwiznę… Szczerze? A tak! Czasem, gdy Jerz zaśnie to muszę usiaść i po prostu posiedzieć, a nie od razu kręcić mu jakiś obiadek… Te kilkanaście minut co jakiś czas (bo przecież nie siedzę tak przez codziennie), to moja fanaberia…

Ale wcale, a wcale nie obiecuje poprawy.

DSC_0327 (2)

Xoxo,

Mum