Szlag

Ideał. Każdy chce go osiągnąć. Idealny wygląd. Idealny dom. Idealna praca. Idealne życie. Idealne zainteresowania i umiejętności. Idealny partner i dzieci.

Żadne tam fałdki na brzuchu i pod brodą. Żadny tam codzienny wkurz, że brak odwagi na zmianę pracy. Żadne tam parówki z keczupem i usyfiony piekarnik. Żadne tam lenistwo i brak chęci. Nic z tego nie przejdzie, a jeśli do tego dochodzi trzeba koniecznie zamieść ten fakt pod dywan.

Nie wiem, może tak się da. Może jest to możliwe. Może zwyczajnie zrzędzę jak ta stara baba. Cóż, z ideałów mam tylko dzieci. Banał, ale jakże prawdziwy. Staram się i chyba zbyt wysoko stawiam poprzeczkę, a później sobie wyrzucam, że nie chciało mi się ćwiczyć gdy w końcu oboje śpią, bo wolałam obiad zrobić lub pranie powiesić. Bo od perfekcjonizmu dawno odeszłam, choć wciąż do niego aspiruję. Bo tak jakoś mi w życiu wyszło, że postawiłam na rodzinę a nie karierę. Bo zamiast szyć na zamówienie lub pisać dla kasy robię to hobbystycznie.

Ideał. Szlag to.

Xoxo,

Mum

Duża dziewczynka

Każdy poród jest inny. W jeden zaczynasz wierzyć dopiero, gdy jedziecie na porodówkę, bo wcześniej nie byłaś pewna czy to, co czujesz to skurcze. A drugi zaczynasz na pasach dla pieszych, gdy odchodzą Ci wody w drodze do piekarni. Pytanie:”Mamo, czemu się zsiusiałaś?” zadane zbyt głośno na ulicy przez Twoje rezolutne dziecko może być krępujące. Ja już o tym wiem.

Drugi raz, nie żeby pierwszy taki nie był, jest szybszy, łatwiejszy i jak się okazuje bardziej bolesny. Nie będę wdawać się w szczegóły, jednak skurcze porodowe i te, obkurczające macicę po porodzie, za drugim razem są dużo silniejsze.

Szybko do siebie doszłam po pojawieniu się Hanki. Dużo sprawniej mi to poszło niż z Jerzyną. Myślę, że to dzięki temu, że Hania od razu załapała jak sobie radzić z jedzeniem… Z Jurkiem walczyliśmy cztery miesiące, by się udało go dobrze przystawić. Jestem teraz sześć tygodni po porodzie. Wyglądam jak przed ciążą (czyli jak lubiąca słodycze kura domowa), czuję się za to znacznie lepiej. Psychicznie mi lżej, choć przecież fizycznie bywa trudniej.

Według teorii mojego Małżonka chyba w końcu dojrzałam. Może coś w tym jest. W zasadzie wypadałoby żeby siedem lat po ślubie i będąc matką dwójki dzieci być w miarę dorosłą.

Xoxo,

Mum5

Four of us

Życie po porodzie jest łatwiejsze. Tak przynajmniej mi się zdawało, gdy byłam jeszcze w ciąży…

No i faktycznie bywa łatwiej… Łatwiej, bo nie trzeba sie martwić, że jak się za dużo siat z auta weźmie naraz to można zaszkodzić maluchowi w brzuchu i w razie pobytu w szpitalu zostawić starszaka bez mamy na niewiadomo jak długo… Łatwiej, bo ma się już świadomość wypełnionego planu rozpłodowego i teraz ma być już tylko lepiej… Łatwiej, bo po pierworodnym wie się już z czym to się je… I w końcu łatwiej, bo starszak w końcu idzie do przedszkola, więc Ty zostajesz sama z tylko jednym, nie uciekającym wszędzie, dzieckiem.

Ale zawsze pojawia się jakaś terra incognita, bo każde dziecko jest inne. Pojawia się problem, bo co robić z maluchem, gdy ten jeszcze mniejszy maluch chce jeść (i to jeść cały czas, skakać z jednego cycka na drugi i spowrotem…)? Jak poradzić sobie z wyrzutami sumienia, których przecież miało nie być, bo to normalne, że Jerzynka będzie mnie miał mniej i przecież jakoś się przyzwyczai? Jak radzić sobie w straszne upały, gdy Twój, już, niemowlak obrasta w fałdki, które chętnie się odparzają? Jak zagospodarować czas trzylatka (prawie trzylatka) w taką pogodę, gdy akurat teraz, właśnie przed pójściem do przedszkola, rozpoczęciem treningów w nowym klubie (Legiaaaaaaa!!!) i wyczekanymi wakacjami nad morzem, on złamie obojczyk?

Bywają chwile, gdy mam chęć się z tego wypisać. Bywają momenty, gdy warczę na wszystkich z bezsilności, zmęczenia i niewyspania.

Bywają. Przychodzą i odchodzą. Są wciąż rzeczy, których nie opanowałam, których strona logistyczna mnie obezwładnia- ale jest ich z czasem coraz mniej. Coraz łatwiejsze jest to życie w czwórkę, coraz weselsze i, na pewno, bardzo głośne. Mi odpowiada.

Xoxo,

MumF

Darcie japy

Krzyki, wrzaski, tupanie nogami i machanie rękami. Plus w gratisie rzucanie się na ziemię aka bezwładne opadanie, gdy akurat trzymam za jakieś odnóże. Tak u nas wygląda ostatnio codzienność. Średnio jedna awantura dziennie musi być.

Tak tak. Bunt dwulatka, wchodzenie w nową sytuację starszego brata, widmo przedszkola po wakacjach… Można wymyślić z dziesięć innych logicznych wyjaśnień. Fakt jest jednak taki, że darcie japy odchodzi u nas na całego.

Znam te wszystkie metody, znam teorię i praktykę. Mam za sobą ponad cztery lata pracy w przedszkolu i magistra z pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej plus magistra z socjologii (ze szczególnym naciskiem na socjalizację i socjologię wychwania). Znam też swoje możliwości i granice. Jest niełatwo, żeby tak lapidarnie to ująć. Niełatwo, bo ja też drę japę. Nie wytrzymuję. Nie jestem w stanie tego udźwignąć.

Raz na kilka dni po kilku minutowych prośbach, groźbach czy tuleniu puszczają mi nerwy, hamulce się odblokowują. Warczę i drę się. Jurka to całkowicie zwala z nóg. Wie, że przesadził i (chyba) wie, jak bardzo mi źle, że się nie powstrzymałam. Paradoksalnie moje załamanie prowadzi do natychmiastowego zamknięcia tematu. Rzucamy się sobie w ramiona i przepraszamy się. Mi łamie się serce, bo to dwuletnie Maleństwo, ten Wrażliwy Olbrzym, przeprasza mnie, że ja krzyczałam. Obiecuje, że już nie będzie, że już chce zrobić tak, jak ja chcę. Z jednej strony- mam poczucie fail’u, to mój słaby charakter doprowadził do takiego wzrostu decybeli w naszym domu, to moje rozdrażnienie, miałkość i beznadziejność.  Z drugiej strony, wrzask i protest narastałby, gdybym jakoś nie wytrąciła Jerzyny z tego stanu. Co lepsze? A co gorsze? Jak sobie z tym radzić?

Brak mi odpowiedzi.

Xoxo,

Mum

31 tydzień w toku. Wyprawka dla położnicy

Wszystko, a w zasadzie prawie wszystko, mam już poprane. Poskładane i ułożone w szufladzie czeka na Pannę Hannę. Bo potwierdzone jest, że to Hanka, a nie Rysiek, siedzi w brzuchu. Jurek doczekać się nie może, powoli przywłaszcza sobie Hankowe gadżety, które uda mu się wygrzebać z komody. Wózek do serwisu niebawem poślemy. Pokrowce od fotelika i gondoli niebawem popiorę. Rożek i poszewki na dniach poszyję. W zasadzie wszystko jest. Wystarczy skręcić łóżeczko. Wystarczy zaprosić malarza i speca od tapet. Wystarczy spakować torbę.

Mam fazę na wicie gniazda… Gadżety dla siebie również już nabyłam. Co konkretnie?

Wyprawka dla położnicy (strasznie podoba mi się to słowo) part III, czyli last but not least 

  • biustonosze do karmienia (dwa na fiszbinach i trzy miękkie- w tym dwa z czasów Jerzyny)- zakupione jeszcze w pierwszym trymestrze, tracą niestety już formę, ale nowe planuję nabyć dopiero miesiąc po porodzie, gdy cycki przestaną szaleć…
  • poduszka fasolka Motherhood- kupiona już w pierwszym trymestrze, dzięki niej przetrwałam wiele bezsennych nocy,
  • ciuchy ciążowe- jeansy H&M’u i t-shirty, które w ciąży z Jurkiem w ogóle nie były mi potrzebne, a w ciąży z Hanulą mam niemal od pierwszych tygodni,
  • koszule nocne do karmienia- obie z pierwszej ciąży, w zasadzie nówki sztuki, używane tylko w szpitalu,
  • koszula do porodu- szpetna ( z żółtą żyrafą ;)), ale skoro Jurka w niej rodziłam, to i Hankę wydam na świat,
  • podkłady poporodowe Bella,
  • duże podpaski,
  • majtki siateczkowe jednorazowe,
  • wkładki laktacyjne (używane już od paru miesięcy),
  • octenisept (do nabycia),
  • mydło rumiankowe (do nabycia w Ministerstwie Dobrego Mydła),
  • klapki prysznicowo-szpitalne (zaszalałam i kupiłam plażowe Birkenstocki Madrid),
  • nakładki na sutki Medela,
  • laktator Medela swing (mój najlepszy przyjaciel, kupiony kilka dni po urodzeniu Jerzynki).

Żadnych specyfików, kompresów czy czego tam jeszcze na bolące piersi nie przewiduję- metoda smarowania sutków własnym mlekiem i „wietrzenia” jest moim zdaniem najlepsza (nie ważne jak bardzo odbrzydliwie i dosadnie to brzmi). Coraz częściej myślę o porodzie, o pierwszych dniach, które spędzimy razem w czwórkę, o czasie „po ciąży”.

Jak to wszystko wyjdze? Jak nam się ułoży? Jestem już zmęczona, fizycznie i (coraz częściej) psychicznie. Staram się doceniać ten czas, który jest teraz, ale myśli krążą już w okolicach lipca, a nawet września.

Xoxo,

Mum

Dwa i dziewięć

W zeszłym roku refleksja o starzeniu się, związana z moimi urodzinami naszła mnie już po fakcie tychże. Ten rok jest jednak inny. Dlaczego? Bo w zasadzie mam wrażenie, że już te dwadzieścia dziewięć lat mam za sobą. Jaki był ten rok? Dziwny.

Dziwny, bo pełen sprzeczności. Spełniły się marzenia, z którymi chciałam jeszcze poczekać, a te, do których realizacji dążyłam, muszę odłożyć w czasie na tak zwane „może za rok” (lub pewniej dwa z okładem). Jakoś, nie wiadomo jak, wyremontowaliśmy mieszkanie, bez remontu. Powiększyliśmy salon i odeszliśmy od systemu suszenia majtek na widoku (moja kochana pralko-suszarka!!!). Dopracowaliśmy (prawie) wizję balkonu i plan na aranżację przestrzeni u Jurka (i niebawem Hanki) w pokoju. Dziwny, bo myślałam, że bardziej kochać już nie umiem Męża tego swego jedynego, okazuje się, że po siedmiu (7 lub VII jak kto woli) latach po ślubie, da się bardziej i da się intensywniej. A nawet, abstrachując od kochania, da się bardziej cenić i jednocześnie wątpić, że taki facet, TAKI FACET, jest ze mną i chce ze mną być.

Dziwny, bo jakoś mnie ten bijący licznik mniej rusza, choć pewnie Grzesiek będzie twierdził coś innego w tym temacie. Może w końcu mi nie zależy? Może mam już w nosie, czy inni widzą we mnie osobę dorosłą czy młodą siksę. Może to ich problem, a nie mój?

Chciałabym żeby kolejny rok, a tym samym cały ten czas, który mam do trzydziestki, był czasem dla mojej rodziny (a w pewnym sensie to nieuniknione, bo nachodzi na to roczny urlop macierzyński). Chciałabym umieć dawać więcej z siebie i doceniać chwile, które mam. Chciałabym zadbać o nasze zdrowie i zapewnić dzieciakom (głównie Jurkowi, bo Hanka jeszcze mało co- jeśli w ogóle coś- będzie z tego roku pamiętać) fajne wspomnienia. Chciałabym znowu, żeby i mój Małżonek mógł się dziwować, jak i ja, z tego, że zasłużył na taką fajną dziołchę.

Tyle z rozważań o mijającym czasie w odniesieniu do moich urodzin. Pozostają jeszcze zbliżające się urodziny Hanki. Coraz bliżej do dnia zero. Fizycznie czuję się już znacznie lepiej, nawet zaczęłam ćwiczyć, choć nie są to ćwiczenia, które można by uznać za specjalnie intensywne- takie tam raczej przygotowanie do porodu. Wyglądam już jak typowy przemytnik arbuzów, więc i coraz cześciej słyszę gratulacje z okazji mego stanu. Chyba już nie jestem posądzana o obżeranie się pierogami po nocach, bo jednak moja sylwetka żółwia ninja (któremu skorupa zjechała na złą stronę) jest już oczywista. Psychicznie? No staram się. Jura akurat przechodzi gorszy okres więc dzień w dzień mamy awantury i płacze. Ja staram się nie płakać :) – konsekwentnie daję mu do zrozumienia, że to ja tu rządzę i jak mówię, że trzeba wracać do domu z placu zabaw, bo matka zaraz się zsika, to trzeba.
To już trzeci trymestr. Już teraz z górki (dosłownie, bo toczenie się, jest ostatnio moim ulubionym sposobem poruszania się)…

Xoxo,

Mum

Co ze mną robi filiżanka kakao

Weź. Weź mnie do teatru, do kina albo na wystawę (byle nie sklepową). Zabierz mnie gdzieś, gdzie zapomnę, że jestem czyjąś matką, że muszę być rozsądna i pamiętać o wszystkim. Wytłumacz im wszystkim, że jestem czasowo niedostępna, bo pracuję nad sobą samą. Bo sobie samej smażę naleśniki, piekę ciasto i sama zjem cały makaron ze szpinakiem.

Czasem potrzebuję mieć Cię tylko dla siebie. Żebyś nie musiał być ojcem, synem a nawet mężem. Żeby znów przez chwilę być tylko Grzesiem i Pauliną, przyjaciółmi, partnerami i kochankami. Bez kredytu, dzieci i samochodu. Bez pracy, obowiązków i zważania na porę dnia. Czasem bym tak chciała, ale na krótko.

Na godzinę albo dwie. Nie dłużej. Bo tak, jak jest na codzień- ze smażeniem naleśników, wyrzucaniem śmieci, sprzątaniem zabawek, grą w berka po osiedlu i praniem skarpetek rozmiar 45- jest mi zupełnie cudownie.

Kocham to swoje życie i ludzi, którzy w nim uczestniczą. Chyba to dobrze.

Xoxo,

Mum

Zmęczenie materiału

To jest jak jazda na rowerze… Wsiadasz, pedałujesz z całych sił i w końcu rozpędzasz się i jedziesz. Trzymasz równowagę i czujesz ten wiatr we włosach, chyba że wjedziesz na kamień lub krawężnik, ktoś Ci zajedzie drogę i klops. Zaczynasz od nowa. Ja mam taką wizję tej drugiej ciąży przynajmniej. Jak mi się uda nabrać prędkości, to zaraz jakiś żwirek lub inna wyboistość wybija mnie z rytmu.

Nie ma czegoś takiego, że cieszę się świetnym nastrojem i samopoczuciem, faktem, że rośnie we mnie jakiś królik. Walczę by nudności nie zabrały Jerzynie mamy, żeby dać radę coś mu przygotować do jedzenia, żeby przy nim nie zasłabnąć ani nie upaść na niego. Ciąża jako ciąża nie jest moim ukochanym stanem- szczególnie pierwszy trymestr, oraz jak się okazuje, drugi. Teraz dopadło mnie dla odmiany przeziębienie, a Jurka zapalenie ucha, bo czemużby nie, prawda? Dni schodzą mi więc na odliczaniu godzin do powrotu Mężowizny mojej i łapaniu oddechu od rozkapryszonego Rumcajsa, kiedy tylko się da.

Mam na koncie już cały sezon z brytyjskiego x factora. No dobra, dwa sezony. I kilka książek à la amerykański bestseller dla spragnionych wrażeń kur domowych. Co zrobić? Chwilowo na nic więcej mnie nie stać intelektualnie. Ale za to nie zapominam o Jerzynce. Mamy nowe nabytki, które radują tak, wyczerpaną matkę, jak tryskającego energią dwulatka. Pochwalę się przy najbliższej okazji.

Xoxo,
Mum

Kosmetyki w ciąży

Pomimo tego, że nosząc Jerzynę pod sercem ponad dwa lata temu, nabyłam drogą kupna duże ilości smarowideł i mleczek dla ciężarnych oraz nie zważając na fakt, że być może to one uchroniły mnie przed rozstępami- moja pielęgnacja kosmetyczna z tamtego okresu była niewypałem.

Porque Droga Koleżanko? Otóż moje wspaniałe kosmetyki z wszechobecnymi etykietami Mama/ For pregnant women/ Pregnancy i tym podobne, zawierały składniki przenikające przez łożysko- straight highway do Jerzynowego krwioobiegu. Well done Mama! Dodać do tego mój krem BB, tusz do rzęs i błyszczyk (nie umiem się malować- stąd oszczędność w środkach) i koktajl Mendelejewa dla Jerzynowego brzuszka jak ta lala.

No nie powiem, że było mi bądź, co bądź trochę nie do śmiechu, gdy pewnego dnia natknęłam się na blog srokao. Czytałam, czytałam i w zasadzie z każdym przeczytanym artykułem robiło mi się słabiej. Zweryfikowawszy swoje kosmetyki pod względem składników, które Sroka odradza (delikatnie rzecz mówiąc), okazało się, że karmimy się chemią nawet o tym nie wiedząc- a przecież długie miesiące (i wiele wpadek) zajęło mi wyeliminowanie takich świństw z naszego menu. Nie wiedziałam czym tłumaczyć Jurka zaognioną i suchą skórę, swój już nie młodzieńczy trądzik i te pogorszenia stanu paznokci, włosów… Odpowiedź przyszła sama.

źródło: http://themerrythought.com/diy/homemade-body-butter/
źródło: http://themerrythought.com/diy/homemade-body-butter/

Wyegzekwowałam w domu czystkę kosmetyczną i rozpoczęłam swoją odyseję po drogeriach stacjonarnych i online’owych, po aptekach, punktach z naturalnymi kosmetykami i tym podobnym. Mogę się pochwalić, że na efekty nie trzeba było długo czekać. Znalazłam świetne zastępstwa dla wszystkich tych paciek, pomad i kremów. Używamy mniej kosmetyków, wyglądamy zdrowiej i finansowo wychodzimy na tym lepiej.

Ale co z tą ciążową pielęgnacją? Nie wchodząc w szczegóły, bo po nie lepiej udać się na blog Sroki, korzystamy w kwestii mycia i oczyszczania: z mydeł z Ministerstwa Dobrego Mydła oraz z Mydlarni Świętego Franciszka (tych prowansalskich), oprócz tego savon noir, mydło z Aleppo 50%, glinka i szampony Alterry z Rossmanna. Nawilżamy: włosy maską z błota z Morza Martwego, ciało olejem kokosowym i olejem jojoba. Z kosmetyków kolorowych używam tuszu hipoalergicznego Bell (ale tylko opcji wodoodpornej) i błyszczyka Bell (też hipoalergicznego), pudru mineralnego Neauty i cieni z tejże firmy.

Polecam zapoznać się z wpisami Sroki będąc pod wpływem, trochę uśmierzy ból.

Xoxo,
Mum

Slow down again

Pisanie potrafi uzależnić. Nie tylko ze względu na skłonności grafomańskie, ale również, a może ze względu na, możliwość wypisania się. Wypowiedzenie na głos pewnych spraw sprawia, że okazują się mniej istotnymi, niż gdy pozostawały w sferze myśli. Napisanie o tychże… działa jak ongiś upuszczenie krwi. Bach i choroba znika.

źródło: https://1x.com/photo/37242/
źródło: https://1x.com/photo/37242/

Już jakiś czas temu pisałam o mojej fascynacji ruchem Slow. W zasadzie cały temat zaczęłam zgłębiać w szóstym miesiącu życia Jerzyny… Any clues? Rozszerzanie diety aka ekologiczne papki aka bio food aka wegetarianizm aka quality not quantity. I tak samo poszło. Wszystkiemu winny, jak zwykle więc, mężczyzna. Momentami było ciężko. Szalałam emocjonalnie i fizycznie klucząc pomiędzy tym, co znałam (i de facto w większości było shitem), a tym co chciałam poznać- ale wymagało ode mnie nie tylko poświęcenia większej ilości czasu (gotowanie, szukanie prpduktów, szukanie przepisów, czytanie metek i całe to mindfulness do którego chcąc nie chcąc się dociera), ale i większych środków finansowych (szczególnie w kwestii ciuchów).

Pare tygodni przed tym, jak dowiedziałam się, że Oops we did it again weszłam na kolejny poziom wtajemniczenia- zaczęłam interesować się składem kosmetyków. Szok i niedowierzanie to lekkie określenia tego, co przeżyłam przeglądając etykiety swoich, Grześkowych i Jerzynowych kosmetyków. Wywaliłam wszystko. Wszystko, co zawierało badziewne chemikalia, nie tylko w części kancerogenne ale i mocno uczulające (dodam, że większość z tych kosmetyków to były maści, mleczka, tusze, pudry i tak dalej przeznaczone dla alergików lub znanych francuskich marek). Po wywaleniu wszystkiego udałam się ciężkim krokiem na zakupy,by uzupełnić wyczyszczone półki łazienkowe.

Do czego zmierzam tą pokrętną drogą? Pielęgnacja w ciąży, a w zasadzie o czym nie wiedziałam, będąc w pierwszej ciąży, a o czym wiem już teraz. Żeby nie zanudzać o tym za chwilę.
Xoxo,
Mum