Matka

Nie jestem jedną z tych ig matek. Nie umiem pozować do zdjęć, nie potrafię robić perfekcyjnych fotek wnętrz i zwyczajnie brakuje mi czasu na latanie z aparatem.

Nie jestem też jedną z tych bywających matek. Jasne, staram się ruszać gdzieś z Bąkami, ale wciąż czuję się w tej logistyce słabo. Zwyczajnie wolę jechać do rodziców do domu, wypuścić Jerzynę na ogródek niż jechać gdzieś na plac zabaw czy szwendać się po kawiarniach (co teraz jest w zasadzie niewskazane- bo unikamy urazów przez ten złamany obojczyk, więc ogródek dziadków jest jedyną sensowną alternatywą w te upały).

Nie łazimy też na żadne darmowe dzieciowe eventy, których jest, bez kozery, całe mnóstwo w Warszawie, bo nie lubimy. Nie lubimy tłumów, hałasu i problemów z parkowaniem. Jesteśmy dziki, jak to mówią moi rodzice, nie nadajemy się do ludzi.

Nie jestem matką, która może wytrzymać w syfie. Bałagan mnie męczy, męczą mnie okruszki na podłodze i kurz na zabawkach Jurka. Męczy i dręczy. Wolę nie spać i umierać z przemęczenia niż pozwolić by syf królował w domu.

Nie jestem też luzacką matką, oj nie. Ja raczej z tych, co to kij połknęli. Trudno mi się zapomnieć, pobrudzić, wytarzać w piachu czy leżeć w trawie- mam alergię na polne chwaścidła i nie znoszę owadów, taki ze mnie prosty, miastowy człek, żadna tam romantyczna dusza.

Nie jestem matką kumpelą. Jestem rodzicem i moje dziecko ma się mnie słuchać i przestrzegać zasad, które ustaliłam. Nie daję sobą rządzić, co nie znaczy, że nie słucham tego, co moje dziecię ma do powiedzenia.

Nie jestem też matką bijącą. Co to, to nie. W życiu nie podniosę ręki na moje dziecko i nie pozwolę innym tego zrobić. Jestem matką lwicą, co to rozszarpuje wszystko i wszystkich, którzy zagrażają jej dziecku.

Chciałabym bardziej wyluzować, mniej się martwić. Popłynąć tym macierzyństwem. Chciałabym, ale jakoś wciąż się boję, wciąż powstrzymuje mnie logistyka i strach przed ostracyzmem społecznym. Karmię Hankę na placu zabaw, ale tego nie lubię. Nie chcę jechać z nimi na zakupy do supermarketu, wolę kupować przez internet. Nie chcę jechać do centrum na spacer, wolę ogródek rodziców. Nie chcę, ale czasem bym chciała. I weź mnie tu zrozum.

Xoxo,

Mum

Wyprawka podejście drugie. Akt drugi

Ostatni wpis nawet nie nadwyrężył tematu wyprawki, a co dopiero wyczerpał. Ledwo go musnął. Jak każda, zajarana kupowaniem nowych rzeczy dla swoich dzieci, matka zacznę więc znów od tematu wyprawki niemowlęcej dla dziecka. Bo pamiętać należy, że gdy jeden Gagatek pałęta się już Wam pod nogami, to wejście w nową rzeczywistość, jaką jest bycie starszym bratem lub siostrą, również wymaga przygotowań- szczególnie, jeśli nie jest się świadomym tego, że matka połowę waszych rzeczy odda młodszemu rodzeństwu. Z tego właśnie powodu, czyli przymusowego podzielenia się swoimi, bądź co bądź, skarbami, Jerzynie także należą się nowe gadżety.

Wyprawka dla starszego brata #1

  • stopień do wózka, dla starszaka (bo choć Jura jest duży, to od kiedy jestem w ciąży znów musieliśmy powrócić do poruszania się wózkiem- głównie ze względu na moje zasłabnięcia, wózek dawał mi w takich chwilach oparcie a Jurek był w bezpiecznym miejscu, oraz fakt, że nie mogę dźwigać całego tego cyrku, który zawsze ze sobą nosimy. I właśnie przez ten powrót do jeżdżenia wózkiem, taki stopień będzie koniecznością),
  • nowa, dorosła kołdra i stosowna do niej pościel (Jerzyna od skończenia półtora roku ma duże, dorosłe łóżko 90×200 Ikea Kura, wobec czego zapas prześcieradeł już mamy, jednak wciąż spał pod małą, niemowlęcą kołdrą. Teraz dostał nową kołderkę (z Ikea) dla starszaka, rozmiarowo jedynie troszeczkę większą, więc myślę, że w niej nie utonie- a co to za frajda spać pod nowymi rzeczami… HOHO),
  • prezent(y) od dzidziusia dla najlepszego starszego brata…

I chyba ten ostatni punkt zasługuje na dłuższe wyjaśnienie. Długo zastanawialiśmy się w jaki sposób, i kiedy, poinformować Jerzynę o moim nadzianym brzuszku. Wiele książek (i blogów, i forów sic.!) przeczytałam, zanim podjęliśmy jakąś decyzję. Jura dowiedział się pod koniec mojego pierwszego trymestru, w samego Sylwestra, ale przez cały ten czas, gdy my już wiedzieliśmy o ciąży, był indoktrynowany przez informacje typu: „a Jasia mama ma w brzuszku dzidzię, ale fajnie, że Jasio będzie miał braciszka lub siostrzyczkę”, „a wiesz, że byłeś u mamusi w brzuszku?”, „jak mama i tata się baaardzo kochają to czasem do brzuszka dostaje się dzidzia”, „a jak wyszedłeś z brzuszka to ciągle płakałeś i jadłeś mleczko z cycusiów”, „a dzidzia nie umie mówić i chodzić, ani nawet siadać” oraz dostawał masę książek opowiadających o posiadaniu rodzeństwa (o nich wkrótce). Po co to wszystko? Żeby pytał, żeby sam zaczął się interesować. I właśnie w Sylwestra Jerzy Mój, będąc pod wpływem naszej propagandy, stwierdził, że chciałby mieć braciszka lub siostrzyczkę. No to my- hop na kanapę i mu mówimy, że tadddaaam dzidzia jest w brzuszku i ma dla niego prezent. Jurek ucieszył się więc, z prezentu(wieeelkiego 100cm psa), i temat został wprowadzony. I mamy tu prezent #1, prezent #2 jest jeszcze planowany. Po co aż dwa prezenty od dzidziusia? Prezent numero uno, w naszym przypadku, miał wprowadzić Jerzynę w problematykę bycia starszym bratem- numero due będzie miał na celu odciągnięcie jego uwagi od mojej nieobecności. Bo będę nieobecna. Bo pójdę rodzić i nie wiem jak szybko wrócę z Małą do domu po porodzie. Bo będę ją przewijać, karmić i usypiać, gdy Jerzyk będzie obok. Bo nie będę już tylko dla niego. Dlatego prezent #2 musi być totalnie, mega, niesamowicie wypasiony. Myślimy nad wózkiem z narzędziami Janodu- ale jest to jeszcze kwestia sporna.

No ale wróćmy do Hanki. Bo wyprawka dla niej to także wszystko to, co sama zamierzam jej uszyć. Bo, choć się tym na blogu nie chwalę, wciąż coś tam, coś tam na tej maszynie majstruję od czasu do czasu. Zamierzam się do uszycia nowej pościeli dla Żaby, pościeli tak na kołderkę, jak i na (ten okrutnie żółty od kremów) rożek po Jerzynce, oraz czapeczek, sukieneczek i spodenek. W niedalekiej przyszłości wybieram się w tym celu na zakupy, pochwalę się wtedy wzorami- póki co, myślę o brązach, ceglanym czerwonym, brudnym różu i karminach, ale granatami, bielą i pomarańczami też nie pogardzę.

Jeszcze szykuje się post o wyprawce dla mnie.

Xoxo,

Mum

Wyprawka

Pozwalam sobie ostatnio myśleć już o wyprawce. Powoli, po malutku przeglądam strony z akcesoriami dla niemowląt… Nieśmiało planuję i zastanawiam się, co nowego potrzebuję, co już mam, czego chcę się pozbyć.

Rozmyślania nad wyprawką przybrały na intensywności od zeszłego tygodnia. Dlaczego? Bo znamy już płeć. Wiemy, że ten Gagatek w brzuchu, to nikt inny, jak nasza Hania (ewentualnie Basia, choć Waść Jerzy obstawia, że Hanka). Będzie więc parka. No i cudnie, ale co z wyprawką?

Mówiąc o wyprawce, myślę o rzeczach dla Małej i rzeczach dla mnie. Tak z jednej, jak i z drugiej kategorii pewne drobiazgi mi pozostawały jeszcze po ciąży z Jerzynką.

Wyprawka dla noworodka podejście #2

Rzeczy, które zostały mi po Jerzynce to:

  • łóżeczko,
  • wózek 2w1 Emmaljunga Nitro, który kocham i uwielbiam,
  • torba do wózka Emmaljunga,
  • torba termiczna (przyda się tatusiowi, jakby wybrał się na spacer sam z dziewczęciem, a córa zgłodniałaby- będzie ciepłe, mamine mleko),
  • podgrzewacz do mleka Canpol (bo moje mleko czasem też trzeba będzie podgrzać, gdy wybędę na miasto),
  • fotelik samochodowy maxi cosi pebble,
  • kilka zestawów pościeli, prześcieradeł i kołderka (noworodkowa i niemowlęca),
  • chusta natibaby,
  • wanienka,
  • laktator elektryczny Medela Swing (mój najlepszy przyjaciel),
  • chusta do karmienia piersią (taka zasłona z usztywnianą górą, by spokojnie karmić w miejscach publicznych- wiem, że dla niektórych niepotrzebny gadżet, z moimi problemami z karmieniem używałam jej dużo),
  • karuzela na łóżeczko (wiele cennych minut dzięki niej zyskałam- używałam po pierwszym miesiącu życia Jerzynki),
  • kilka(dziesiąt) ciuchów, które spokojnie wdzieje też młode dziewczę,
  • cztery sztuki prawie nowych otulaczy bambusowych niemowlęcych mniejszego rozmiaru,
  • rożek (trochę nadwyrężony przez żółte kremy i inne maści, którymi smarowałam Jerzynową ciemieniuchę),
  • przewijaki różne (m.in. z Emmaljungi) na wyjścia miastowe,
  • kosmetyki Jerzynowe,
  • zapas płynu do prania Lovela,
  • obcinacz do paznokci,
  • poduszka do karmienia kura babci Dany,
  • szumiś, którego wygrałam w konkursie na fan page’u jednej z warszawskich blogerek (nówka sztuka, Jura go na oczy nie widział, bo miał już półtora roku, gdy szumiś się do nas wprowadził).

Rzeczy, które muszę dokupić:

  • pieluchy tetrowe (sztuk 5),
  • duży otulacz bambusowy- zakupiłam zestaw z mothercare w romby koralowo-różowe,
  • kocyk tkany (bo Jerzynowe są same grube, kupowane na zimę, a tu będę miała letniego bobasa)- wymarzyłam sobie Poofi,
  • materac do łóżeczka Vyssa Skönt z Ikea,
  • wodoodporny podkład na łóżeczko (Ikea!),
  • przewijak usztywniany- zakupiłam z miarką (jurkowy został porwany),
  • podkład na przewijak (Ikea),
  • ręczniki- kupię w Ikea,
  • smoczki (wolę mieć- Aventu silikonowe),
  • nakładki na brodawki Medela (jak wyżej),
  • smoczek do butelki Medela Calma (bo mimo, że karmić będę piersią, zamierzam czasem Królewnę zostawić z tatą lub babcią na kilka godzin),
  • szczotka do włosów z naturalnego włosia,
  • woreczki do przechowywania ściągniętego mleka,
  • elektryczna frida (podobno takie są, ktoś używał?),
  • aptekowe drobiazgi: sól fizjologiczna, gaziki jałowe, Octenisept, duże waciki do mycia pupy, chusteczki nawilżane olejami Rossmann, krem z filtrem (bo i Jerzynie się skończył),
  • nowe bodziaki (5-cio pak z długim rękawem i 5-cio pak z krótkim) i nowy zestaw (lub zestawy dwa) ciuszków na wyjście ze szpitala, czyli albo bodziak i pajac, albo bodziak i śpiochy, a do tego sweterek, 3 sztuki skarpetek niemowlęcych- wszystko będę kupować na rozmiar 56.

I to w zasadzie tyle. Oczywiście, pojawi się w międzyczasie masa innych, niezbędnych rzeczy, szczególnie gdy Mała będzie już po tej stronie brzucha. Jest to nieuniknione i przyjmiemy to na klatę.

Mówiłam jeszcze o rzeczach, które planujemy wymienić- bo pozbywając się czegoś, zamierzam kupić coś na ich miejsce. Takich gadżetów mamy kilka, ale one potrzebne będą dopiero po kilku miesiącach życia Żaby, więc teraz rozpisywać się nie będę, niemniej teraz sprzedajemy naszą huśtawkę elektryczną Caretero Buggies Red. Dlaczego? Ze względu na ograniczony metraż naszego M3. Z huśtawki byłam zadowolona i pewnie bym się jej nie pozbywała, gdyby nie fakt, że zajmuje dużo (bardzo dużo) miejsca i jest mało mobilna. Gdy w każdym pokoju mamy już jakieś zabawki Jurka, a on sam, porusza się po domu jak strzała, biegiem, nie możemy sobie pozwolić na taką utratę przestrzeni. Huśtawkę zamieniamy na kołysko-bujaczek Tiny Love. Ocenimy, gdy już będziemy mieć.

Temat pozostaje niewyczerpany.

Xoxo,

Mum

 

Ojciec w ciąży

Ciężki jest los ciężarnej kobiety. Tak, tak- sama tego chciała (w wielu przypadkach), taka kobieca fizjonomia, ciąża to nie choroba i tym podobne głupoty. Ciąża to też nie bułka z masłem, jak mawia pewna parentingowa blogerka. Dla kobiety ciąża oznacza masę wyrzeczeń (wino jest z pewnością jednym z nich) i przewartościowań. Oznacza też wiele dni spędzonych na wymiotach, migrenach, bólach krzyża, stawów, zgagi, przymusowego leżenia i czego tam jeszcze się komu poszczęści. Ale ciąża to też droga krzyżowa mężczyzny.

Mój Chłop ma prawdziwą Kalwarię niemal od samego początku. Jak nie miałam migren ze światłowstrętem, wymiotów po których zasypiałam na dywaniku łazienkowym (tuż przed jego wyjściem do pracy), omdleń lub potocznie zwanego złego samopoczucia to dniami, a wręcz tygodniami rozmowy prowadziliśmy wyłącznie telefonicznie, bo gdy wracał do domu na syrenie żeby zająć się Naszym Rumcajsem to ja szłam spać, budziłam się tylko na kolację i usypianie Jurka i szłam spać dalej. A rano, zamiast pogawędki przy śniadaniu, wolałam się rozmówić z muszlą klozetową… Znosi taki Ojciec w ciąży wszystkie te wachania nastrojów i spadki formy, żeby na koniec znosić swoją degradację do roli tego drugiego lub nawet trzeciego w stadzie. Nie oszukujmy się, dziecko przez pierwsze tygodnie, może nawet miesiące, ma pierwszeństwo w dostępie do Mamy, a przecież nie tylko ono potrzebuje tego kangurowania, kontaktu skóra do skóry.

Ja wiem, że my mamy gorzej. Bo poród. Bo karmienie piersią i wszystko, co z nim związane. Bo rozstępy. Bo wypadające włosy. Bo brak czasu na cokolwiek kiedykolwiek. Ale im też jest jednak trochę źle. Ciąża ciąży nierówna, to pewne. Ja jednak trochę temu mojemu Panu G. współczuję, bo ciężki ma żywot ostatnimi czasy…
Xoxo,
Mum

Już kopie!

Kopie, fika koziołki, rusza się od dawna… Od kiedy czuję Wiercipiętę? Od 14 tygodnia ciąży (sic!), czyli pięć tygodni wcześniej niż za pierwszym razem. Ale to nie koniec atrakcji… Od 15 tygodnia ciąży produkuję już mleko… Wiecie jak wyglądam, jeśli zapomnę założyć wkładek laktacyjnych, mam akurat cienką bluzkę a Jurek zacznie płakać? (Nic na moją produkcję mleka nie działa tak, jak płacz mojego dziecka…) Dwie mokre plamy w okolicach biustu nie wyglądają zbyt szykownie, tyle powiem. Co jeszcze (p)okazało się szybciej? Brzuch. Duży, ciążowy brzuch. W zimowej kurtce wyglądam jakbym spasła się ptasim mleczkiem (co zresztą ma w sobie ziarenko prawdy) lub inną śliwką w czekoladzie. Ratują mnie tylko mocno obcisłe koszulki, swetry i sukienki bo z przeżartej grubaski zmieniam się w ciężarną hot mamma…

Jest inaczej. Mam wrażenie, że szybciej i intensywniej momentami. Nie ma tyle czasu na odpoczynek co za pierwszym razem, bo obok rozrabia dwuletni gagatek. Jest to jednak moja decyzja, bo wolimy odwlec widmo przedszkola i wszystkich chorób, jakie Jerzyna przytaszczyłby do domu, najdalej jak się da… Plan A jest taki, żeby posłać Królewicza gdzieś od września, jeśli przejdziemy proces rekrutacji do przedszkoli z pozytywnym wynikiem. Planu B na razie nie ma. Może ze względu na druzgocąco mniejszą ilość wspomnianego już odpoczynku wciąż mam typowe dla I trymestru ciążowe dolegliwości. Zasłabnięcia i wymioty nie robią już u mnie w domu na nikim wrażenia. Co najwyżej dostanę naganę (delikatnie rzecz ujmując), że za mało piję wody lub powinnam wcześniej zjeść śniadanie.

Jest coś niesamowitego w drugiej ciąży. Chwile sam na sam z Jerzyną są teraz na wagę złota. To nic, że jesteśmy przecież razem cały czas. To nie ważne. To są nasze ostatnie miesiące w trójkę. Ostatnie tygodnie Jerzyny jedynaka. A z drugiej strony jest ta niecierpliwość żeby poznać to Maleństwo, które uwielbia podkopywać brata, gdy go utulam do snu… Szaleje słysząc radosne okrzyki Jerzyny wygłupiającego się z Tatą… Dobry to czas, ta druga ciąża.

Xoxo,
Mum

Ten drugi raz

Jakoś ta druga ciąża sprawia, że mam potrzebę większego oderwania się od innych… Nie od Jerzyny, czy Mężowizny mojej, nie od rodziców czy sióstr- od znajomych, dalszych znajomych i ich znajomych. Potrzebuję oddechu, czasu i Bóg wie czego jeszcze…

A jak jest za drugim razem? Książkowo. Poranki (i ostatnio wieczory) spędzam witając (lub żegnając- jak kto woli) się z muszlą klozetową. Jura jest do moich ucieczek do toalety już tak przyzwyczajony, że jak ktoś łapie się przy nim za buzię lub idzie szybko w stronę kibelka od razu pyta (ze stoickim spokojem):”Będziesz wymiotować?”. Słodko. Mdli mnie i odrzuca od niektórych składników- typu mięso lub mleko… Choć nie jest to reguła. W związku z powyższym i tym razem chudnę na potęgę- co przy rosnącym biuście i zaokrąglającym się brzuchu wygląda (moim zdaniem) kuriozalnie (zdanie Męża się w tej kwestii nie liczy). Trochę popsuł mi się wzrok (tego nie grali wcześniej) i miewam zasłabnięcia (na razie bez spektakularnych upadków). Jest mi źle i niedobrze lub wspaniale- na zmianę. Płaczę na reklamach coca coli i w każdej sytuacji, gdy widzę jakieś rodzeństwo…

Przyzwyczaiłam się już do myśli o nowym Zwierzu w rodzinie i szczerze mówiąc bardzo mi ta nowa rzeczywistość pasuje… A co z Jerzynką? Jerzyna w ostatnich miesiącach niesamowicie się rozwinął. Jest moją dumą i szczęściem. Szczerze mówiąc nicnie sprawia mi takiej przyjemności, jak słuchanie (a raczej podsłuchiwanie) jego rozmów z innymi (babciami, ciociami, sprzedawcami czy kim bądź)- te mądrości o hangarach czy śmigłach helikoptera… I to moje dziecko, moje małe dwuletnie Kochanie.

Czytam. Czytam jak go przygotować na zmianę rzeczywistości, jak nastroić siebie i Grzesia, jakich błędów sië wystrzegać… Wiem, że życie wszystko zrewiduje…
Zobaczymy…
Xoxo,
Mum

Chodź, zabiorę Cię do domu

Czy tylko ja tak mam? Czy tylko ja mam czasem ochotę potrząsnąć tym przypadkowym przechodniem lub nieznajomym/nieznajomą stojącym mi na drodze? Czy oni wogóle zdają sobie sprawę z tego co robią? O czym mowa? O straszeniu i dotykaniu dzieci,a konkretnie mojego dziecka.

„Oj jak nie pójdziesz z mamą, to ja Cię wezmę”, „Chodź, pójdziesz ze mną”, „Po brzydkie dzieci przyjdzie Pan”, „Chodź, wezmę Cię ze sobą” połączone z wyciąganiem ręki do Jurka lub próbą złapania go za rękę (póki co, wciąż bezskuteczną próbą, bo zawsze udaje mi się takiemu stręczycielowi zagrodzić drogę)… Do tego dochodzą moje ulubione „dlaczego płaczesz?”, „chodź Cię przytulę” oraz „o jaki ładny chłopiec” połączone z dotykaniem rączek, brzuszka lub buzi… Czy Wy ludzie, do licha, rozumiecie, że cudzych dzieci się nie napastuje? Że rodzicesobie świetnie dają radę z emocjami swoich dzieci? Że one nie mają ochoty na bycie dotykanym, zaczepianym i zagadywanym przez (zazwyczaj) stare, brzydkie baby lub starych dziadów?
Szlag mnie trafia. Jak z tym walczyć? Grzeczne i spokojne: „proszę go nie dotykać” lub „dziękuję,świetnie sobie radzę” oraz „proszę go nie straszyć”- nie działa. Przecież, o ile próby zagadania płaczącego dziecka można zaliczyć do kategorii tych, wykonywanych z dobrej woli, o tyle cała reszta to jakaś patologia.
Nie życzę sobie straszenia mojego dziecka.Nie pozwalam brudnym łapskom go dotykać.
Nie wiem skąd się to bierze. Niby wszystkie dzieci nasze są, ale jednak Jerzyna jest moja i wiem, jak reaguje na takie zaczepki, więc staram się je ucinać w zarodku. Szczerze mówiąc, po każdej takiej akcji, gratuluję Jurkowi, że się odsunął od napastnika albo przytulił do mnie, lub po prostu nie odpowiadał.
Co innego można zrobić w takiej sytuacji?
Xoxo,
Mum

Bajka

Dawno dawno temu, za górami za lasami, za siedmioma rzekami żyła sobie pewna rozwalona emocjonalnie matka. Miała syna. Syn był wspaniały. Piękny, mądry i miły. Umiał też matkę ustawić sobie jak chciał. Matka, mimo, że praktycznie i teoretycznie na takie ustawianie była przygotowana i dawać się nie zamierzała, poległa. Nie wiadomo co z nią dalej będzie.
Obecnie wyje w poduszkę.
Xoxo,
Mum

A niech to!

No to ma. Ma rower. A właściwie rowery dwa. Ma jeździk, bo tak. Ma hulajnogę, bo jak to tak bez hulajnogi? Ma kuchnię, a właściwie to dwie. Ma ciężarówy, resoraki, betoniary, jeepy, koparki i samoloty. Ma talerzyki, kubeczki i garnki do tych swoich kuchni. Ma piłki, instrumenty muzyczne, puzzle, klocki drewniane, lego, wiertarę i śrubki. Ma dwa regały książek i całą półkę gier. Ma taczkę i kilka zestawów do piaskownicy. Ma własną piaskownicę, domek ze stolikiem, zjeżdżalnię i huśtawkę. Ma dwa łóżka, koty i psy (po dwa). A ile ma lat? No jeszcze dwóch nie ma…
DSC_0769

Wszystko ma właściwie po dwie sztuki. Dlaczego? Bo ma zakochanych dziadków i rodziców, którzy mieli go nie rozpuszczać. A niech to! W paśmie ciągłych sukcesów, choć ta jedna rzecz mogła nam nie wyjść, co?

Xoxo,
Mum

Quo vadis? Na huśtawkę.

Dużo tego.

Całe dnie na placu zabaw. Rowery, huśtawki, zjeżdżalnie i piaskownice. Nie ma na nic czasu. Obiady zaczęłam nosić w termosie, bo wtedy gdy rano je ugotuję są wciąż gorące po południu po powrocie z podwórka… Bo Wać Pan nie reflektuje czekania na podgrzewanie lub zaczynanie zabawy w gotowanie gdy głodny.

Gdy głodny, a brzuch burczy, Jerzyna się denerwuje. Krzyczy. Tupie. A raz nawet rzucił się na podłogę w pełnej rozpaczy. Prawdziwy Zwierz z niego wychodzi.

No ale umówmy się, Matka zachowuje się tak samo gdy głodna lub gdy nie ma kawy. Do powyższego trzeba jeszcze dodać moje Rejtanowskie darcie szat i pełne łez spojrzenia w kierunku kuchni.

Tak to już jest.

Xoxo,

Mum