Wyprawka podejście drugie. Akt drugi

Ostatni wpis nawet nie nadwyrężył tematu wyprawki, a co dopiero wyczerpał. Ledwo go musnął. Jak każda, zajarana kupowaniem nowych rzeczy dla swoich dzieci, matka zacznę więc znów od tematu wyprawki niemowlęcej dla dziecka. Bo pamiętać należy, że gdy jeden Gagatek pałęta się już Wam pod nogami, to wejście w nową rzeczywistość, jaką jest bycie starszym bratem lub siostrą, również wymaga przygotowań- szczególnie, jeśli nie jest się świadomym tego, że matka połowę waszych rzeczy odda młodszemu rodzeństwu. Z tego właśnie powodu, czyli przymusowego podzielenia się swoimi, bądź co bądź, skarbami, Jerzynie także należą się nowe gadżety.

Wyprawka dla starszego brata #1

  • stopień do wózka, dla starszaka (bo choć Jura jest duży, to od kiedy jestem w ciąży znów musieliśmy powrócić do poruszania się wózkiem- głównie ze względu na moje zasłabnięcia, wózek dawał mi w takich chwilach oparcie a Jurek był w bezpiecznym miejscu, oraz fakt, że nie mogę dźwigać całego tego cyrku, który zawsze ze sobą nosimy. I właśnie przez ten powrót do jeżdżenia wózkiem, taki stopień będzie koniecznością),
  • nowa, dorosła kołdra i stosowna do niej pościel (Jerzyna od skończenia półtora roku ma duże, dorosłe łóżko 90×200 Ikea Kura, wobec czego zapas prześcieradeł już mamy, jednak wciąż spał pod małą, niemowlęcą kołdrą. Teraz dostał nową kołderkę (z Ikea) dla starszaka, rozmiarowo jedynie troszeczkę większą, więc myślę, że w niej nie utonie- a co to za frajda spać pod nowymi rzeczami… HOHO),
  • prezent(y) od dzidziusia dla najlepszego starszego brata…

I chyba ten ostatni punkt zasługuje na dłuższe wyjaśnienie. Długo zastanawialiśmy się w jaki sposób, i kiedy, poinformować Jerzynę o moim nadzianym brzuszku. Wiele książek (i blogów, i forów sic.!) przeczytałam, zanim podjęliśmy jakąś decyzję. Jura dowiedział się pod koniec mojego pierwszego trymestru, w samego Sylwestra, ale przez cały ten czas, gdy my już wiedzieliśmy o ciąży, był indoktrynowany przez informacje typu: „a Jasia mama ma w brzuszku dzidzię, ale fajnie, że Jasio będzie miał braciszka lub siostrzyczkę”, „a wiesz, że byłeś u mamusi w brzuszku?”, „jak mama i tata się baaardzo kochają to czasem do brzuszka dostaje się dzidzia”, „a jak wyszedłeś z brzuszka to ciągle płakałeś i jadłeś mleczko z cycusiów”, „a dzidzia nie umie mówić i chodzić, ani nawet siadać” oraz dostawał masę książek opowiadających o posiadaniu rodzeństwa (o nich wkrótce). Po co to wszystko? Żeby pytał, żeby sam zaczął się interesować. I właśnie w Sylwestra Jerzy Mój, będąc pod wpływem naszej propagandy, stwierdził, że chciałby mieć braciszka lub siostrzyczkę. No to my- hop na kanapę i mu mówimy, że tadddaaam dzidzia jest w brzuszku i ma dla niego prezent. Jurek ucieszył się więc, z prezentu(wieeelkiego 100cm psa), i temat został wprowadzony. I mamy tu prezent #1, prezent #2 jest jeszcze planowany. Po co aż dwa prezenty od dzidziusia? Prezent numero uno, w naszym przypadku, miał wprowadzić Jerzynę w problematykę bycia starszym bratem- numero due będzie miał na celu odciągnięcie jego uwagi od mojej nieobecności. Bo będę nieobecna. Bo pójdę rodzić i nie wiem jak szybko wrócę z Małą do domu po porodzie. Bo będę ją przewijać, karmić i usypiać, gdy Jerzyk będzie obok. Bo nie będę już tylko dla niego. Dlatego prezent #2 musi być totalnie, mega, niesamowicie wypasiony. Myślimy nad wózkiem z narzędziami Janodu- ale jest to jeszcze kwestia sporna.

No ale wróćmy do Hanki. Bo wyprawka dla niej to także wszystko to, co sama zamierzam jej uszyć. Bo, choć się tym na blogu nie chwalę, wciąż coś tam, coś tam na tej maszynie majstruję od czasu do czasu. Zamierzam się do uszycia nowej pościeli dla Żaby, pościeli tak na kołderkę, jak i na (ten okrutnie żółty od kremów) rożek po Jerzynce, oraz czapeczek, sukieneczek i spodenek. W niedalekiej przyszłości wybieram się w tym celu na zakupy, pochwalę się wtedy wzorami- póki co, myślę o brązach, ceglanym czerwonym, brudnym różu i karminach, ale granatami, bielą i pomarańczami też nie pogardzę.

Jeszcze szykuje się post o wyprawce dla mnie.

Xoxo,

Mum

Wyprawka

Pozwalam sobie ostatnio myśleć już o wyprawce. Powoli, po malutku przeglądam strony z akcesoriami dla niemowląt… Nieśmiało planuję i zastanawiam się, co nowego potrzebuję, co już mam, czego chcę się pozbyć.

Rozmyślania nad wyprawką przybrały na intensywności od zeszłego tygodnia. Dlaczego? Bo znamy już płeć. Wiemy, że ten Gagatek w brzuchu, to nikt inny, jak nasza Hania (ewentualnie Basia, choć Waść Jerzy obstawia, że Hanka). Będzie więc parka. No i cudnie, ale co z wyprawką?

Mówiąc o wyprawce, myślę o rzeczach dla Małej i rzeczach dla mnie. Tak z jednej, jak i z drugiej kategorii pewne drobiazgi mi pozostawały jeszcze po ciąży z Jerzynką.

Wyprawka dla noworodka podejście #2

Rzeczy, które zostały mi po Jerzynce to:

  • łóżeczko,
  • wózek 2w1 Emmaljunga Nitro, który kocham i uwielbiam,
  • torba do wózka Emmaljunga,
  • torba termiczna (przyda się tatusiowi, jakby wybrał się na spacer sam z dziewczęciem, a córa zgłodniałaby- będzie ciepłe, mamine mleko),
  • podgrzewacz do mleka Canpol (bo moje mleko czasem też trzeba będzie podgrzać, gdy wybędę na miasto),
  • fotelik samochodowy maxi cosi pebble,
  • kilka zestawów pościeli, prześcieradeł i kołderka (noworodkowa i niemowlęca),
  • chusta natibaby,
  • wanienka,
  • laktator elektryczny Medela Swing (mój najlepszy przyjaciel),
  • chusta do karmienia piersią (taka zasłona z usztywnianą górą, by spokojnie karmić w miejscach publicznych- wiem, że dla niektórych niepotrzebny gadżet, z moimi problemami z karmieniem używałam jej dużo),
  • karuzela na łóżeczko (wiele cennych minut dzięki niej zyskałam- używałam po pierwszym miesiącu życia Jerzynki),
  • kilka(dziesiąt) ciuchów, które spokojnie wdzieje też młode dziewczę,
  • cztery sztuki prawie nowych otulaczy bambusowych niemowlęcych mniejszego rozmiaru,
  • rożek (trochę nadwyrężony przez żółte kremy i inne maści, którymi smarowałam Jerzynową ciemieniuchę),
  • przewijaki różne (m.in. z Emmaljungi) na wyjścia miastowe,
  • kosmetyki Jerzynowe,
  • zapas płynu do prania Lovela,
  • obcinacz do paznokci,
  • poduszka do karmienia kura babci Dany,
  • szumiś, którego wygrałam w konkursie na fan page’u jednej z warszawskich blogerek (nówka sztuka, Jura go na oczy nie widział, bo miał już półtora roku, gdy szumiś się do nas wprowadził).

Rzeczy, które muszę dokupić:

  • pieluchy tetrowe (sztuk 5),
  • duży otulacz bambusowy- zakupiłam zestaw z mothercare w romby koralowo-różowe,
  • kocyk tkany (bo Jerzynowe są same grube, kupowane na zimę, a tu będę miała letniego bobasa)- wymarzyłam sobie Poofi,
  • materac do łóżeczka Vyssa Skönt z Ikea,
  • wodoodporny podkład na łóżeczko (Ikea!),
  • przewijak usztywniany- zakupiłam z miarką (jurkowy został porwany),
  • podkład na przewijak (Ikea),
  • ręczniki- kupię w Ikea,
  • smoczki (wolę mieć- Aventu silikonowe),
  • nakładki na brodawki Medela (jak wyżej),
  • smoczek do butelki Medela Calma (bo mimo, że karmić będę piersią, zamierzam czasem Królewnę zostawić z tatą lub babcią na kilka godzin),
  • szczotka do włosów z naturalnego włosia,
  • woreczki do przechowywania ściągniętego mleka,
  • elektryczna frida (podobno takie są, ktoś używał?),
  • aptekowe drobiazgi: sól fizjologiczna, gaziki jałowe, Octenisept, duże waciki do mycia pupy, chusteczki nawilżane olejami Rossmann, krem z filtrem (bo i Jerzynie się skończył),
  • nowe bodziaki (5-cio pak z długim rękawem i 5-cio pak z krótkim) i nowy zestaw (lub zestawy dwa) ciuszków na wyjście ze szpitala, czyli albo bodziak i pajac, albo bodziak i śpiochy, a do tego sweterek, 3 sztuki skarpetek niemowlęcych- wszystko będę kupować na rozmiar 56.

I to w zasadzie tyle. Oczywiście, pojawi się w międzyczasie masa innych, niezbędnych rzeczy, szczególnie gdy Mała będzie już po tej stronie brzucha. Jest to nieuniknione i przyjmiemy to na klatę.

Mówiłam jeszcze o rzeczach, które planujemy wymienić- bo pozbywając się czegoś, zamierzam kupić coś na ich miejsce. Takich gadżetów mamy kilka, ale one potrzebne będą dopiero po kilku miesiącach życia Żaby, więc teraz rozpisywać się nie będę, niemniej teraz sprzedajemy naszą huśtawkę elektryczną Caretero Buggies Red. Dlaczego? Ze względu na ograniczony metraż naszego M3. Z huśtawki byłam zadowolona i pewnie bym się jej nie pozbywała, gdyby nie fakt, że zajmuje dużo (bardzo dużo) miejsca i jest mało mobilna. Gdy w każdym pokoju mamy już jakieś zabawki Jurka, a on sam, porusza się po domu jak strzała, biegiem, nie możemy sobie pozwolić na taką utratę przestrzeni. Huśtawkę zamieniamy na kołysko-bujaczek Tiny Love. Ocenimy, gdy już będziemy mieć.

Temat pozostaje niewyczerpany.

Xoxo,

Mum

 

„Zaśnij ze mną” i „Wszyscy ziewają”

Problemy z usypianiem Jerzyny, częściowo zrodzone z mojej potrzeby panowania nad wszystkim, miałam niemal od jego pierwszych miesięcy życia. Powiedzieć, że dużo na ten temat się naczytałam, to powiedzieć nic. Teorie usypiania niemowląt, metody wspierające wyciszenie się dziecka przed snem, rady innych mam (fora internetowe do dziś są moją zmorą) i (sic!) zapoznanie się z ofertą Pani Dobrejnocki (zaklinaczki dzieci…)- jasno dają do zrozumienia, że borykałam się z kwestią usypiania Jerzyny dosyć intensywnie.

Ostatecznie wypracowaliśmy, względną, rutynę usypiania, tak drzemkowego, jak wieczornego. Polegała ona na włączeniu muzyki (relaksacyjnej dla niemowląt lub kołysanek Grzegorza Turnau i Magdy Umer), wygodnym usadzeniu się w bujanym fotelu, przykryciu kocykiem i czytaniu od dwóch do czterech, pięciu książek. Następnie książki były odkładane, a Jerzyna utulana na moich kolanach i odkładana do łóżeczka. Wieczorem sprawa wyglądała identycznie, z jedną różnicą- usypianie odbywało się już w łóżku, a po czytaniu, zamiast bujania na fotelu, było masowanie plecków, brzuszka, nóżek, czy co tam Jerzozwierz podepchnął mi pod rękę, do wtóru z mruczeniem kołysanek.

Sprawa się skomplikowała, gdy zaciążyłam. Jura swoje waży. Waży nawet dosyć dużo, bo 17kg. Przenoszenie go do łóżeczka nie wchodziło więc już w rachubę. Dodajmy do tego moje mdłości i senność, i okaże się, że czytanie kilku książek też nie zawsze było możliwe. O ile modyfikacja wieczornego tulenia była banalnie prosta, Grześ przejął stery w kwestii czytania książek, ja już tylko kładłam się z ziewającym Królewiczem i posłusznie wypełniałam rozkaz: „Głaskaj Mama!”, o tyle pora drzemki była znów kłopotliwa. Na placu boju pozostawałam sama, bez wsparcia silnych, męskich ramion Mego Męża. A Jerzyna, jak to Jerzyna, odmawiał zaśnięcia w łóżku, bez wcześniejszego bujania w fotelu oraz domagał się czytania całej sterty książek. Pierwszy problem rozwiązałam poprzez bujanie Mojego Chłopaka na kolanach, siedząc już w łóżku, by gdy już zaśnie, po prostu go położyć. Na drugi problem też znalazłam rozwiązanie. Jakie? Książki do usypiania. Krótkie, wprowadzające w temat zasypiania, dobrze wydane (czyli po prostu nierozpadające się po kilku użyciach) książki.

„Wszyscy ziewają” Anity Bijsterbosch oraz „Zaśnij ze mną” Ramadier’a i Bourgeau’a– to one pomagają Jerzynce zasnąć.

„Wszyscy ziewają” Anita Biksterbosch

 
Pierwsza pozycja, wydana przez wydawnictwo Adamada, jest książką z okienkami, której czytanie wymusza ziewanie (nie czuję, że rymuję). Wiadomo, chyba wszystkim, że intensywne ziewanie prowadzi do szybszego zasypiania- a ja bardzo pilnuję, żeby to Jurek „pokazywał”, jak każde zwierzątko ziewa. Książka ma twardą okładkę i dosyć sztywne kartki, więc powinna znieść jeszcze wiele nocy. Ciekawe ilustracje zapewniają masę radości Jurkowi, który może podejrzeć uzębienie szopa czy świnki. Zwięzły tekst i odpowiednia ilość bohaterów gwarantują, że nawet jeśli Was bardzo mdli, przeczytacie do końca.

 

 

 

„Zaśnij ze mną” Ramadier i Bourgeau


Pozycja druga należy do mojej ulubionej kategorii książek, mianowicie książek interaktywnych. „Zaśnij ze mną”, wydawnictwa Babaryba, wymusza na Waszym dziecku wcielenie się w osobę, której zadaniem jest uśpienie książki. Nie tylko musi przykryć ją, książkę, kocykiem, opowiedzieć bajkę czy zaśpiewać kołysankę, ale również zadbać, by książka umyła przed snem zęby i zrobiła siusiu. Twarde, tekturowe strony pozwalają młodemu czytelnikowi na długie użytkowanie, a jego rodzicom, na odkażenie, raz na jakiś czas, książki z soczystych całusów…


A Wy macie jakieś sprawdzone metody usypiania?
Xoxo,
Mum

Zmęczenie materiału

To jest jak jazda na rowerze… Wsiadasz, pedałujesz z całych sił i w końcu rozpędzasz się i jedziesz. Trzymasz równowagę i czujesz ten wiatr we włosach, chyba że wjedziesz na kamień lub krawężnik, ktoś Ci zajedzie drogę i klops. Zaczynasz od nowa. Ja mam taką wizję tej drugiej ciąży przynajmniej. Jak mi się uda nabrać prędkości, to zaraz jakiś żwirek lub inna wyboistość wybija mnie z rytmu.

Nie ma czegoś takiego, że cieszę się świetnym nastrojem i samopoczuciem, faktem, że rośnie we mnie jakiś królik. Walczę by nudności nie zabrały Jerzynie mamy, żeby dać radę coś mu przygotować do jedzenia, żeby przy nim nie zasłabnąć ani nie upaść na niego. Ciąża jako ciąża nie jest moim ukochanym stanem- szczególnie pierwszy trymestr, oraz jak się okazuje, drugi. Teraz dopadło mnie dla odmiany przeziębienie, a Jurka zapalenie ucha, bo czemużby nie, prawda? Dni schodzą mi więc na odliczaniu godzin do powrotu Mężowizny mojej i łapaniu oddechu od rozkapryszonego Rumcajsa, kiedy tylko się da.

Mam na koncie już cały sezon z brytyjskiego x factora. No dobra, dwa sezony. I kilka książek à la amerykański bestseller dla spragnionych wrażeń kur domowych. Co zrobić? Chwilowo na nic więcej mnie nie stać intelektualnie. Ale za to nie zapominam o Jerzynce. Mamy nowe nabytki, które radują tak, wyczerpaną matkę, jak tryskającego energią dwulatka. Pochwalę się przy najbliższej okazji.

Xoxo,
Mum

Ojciec w ciąży

Ciężki jest los ciężarnej kobiety. Tak, tak- sama tego chciała (w wielu przypadkach), taka kobieca fizjonomia, ciąża to nie choroba i tym podobne głupoty. Ciąża to też nie bułka z masłem, jak mawia pewna parentingowa blogerka. Dla kobiety ciąża oznacza masę wyrzeczeń (wino jest z pewnością jednym z nich) i przewartościowań. Oznacza też wiele dni spędzonych na wymiotach, migrenach, bólach krzyża, stawów, zgagi, przymusowego leżenia i czego tam jeszcze się komu poszczęści. Ale ciąża to też droga krzyżowa mężczyzny.

Mój Chłop ma prawdziwą Kalwarię niemal od samego początku. Jak nie miałam migren ze światłowstrętem, wymiotów po których zasypiałam na dywaniku łazienkowym (tuż przed jego wyjściem do pracy), omdleń lub potocznie zwanego złego samopoczucia to dniami, a wręcz tygodniami rozmowy prowadziliśmy wyłącznie telefonicznie, bo gdy wracał do domu na syrenie żeby zająć się Naszym Rumcajsem to ja szłam spać, budziłam się tylko na kolację i usypianie Jurka i szłam spać dalej. A rano, zamiast pogawędki przy śniadaniu, wolałam się rozmówić z muszlą klozetową… Znosi taki Ojciec w ciąży wszystkie te wachania nastrojów i spadki formy, żeby na koniec znosić swoją degradację do roli tego drugiego lub nawet trzeciego w stadzie. Nie oszukujmy się, dziecko przez pierwsze tygodnie, może nawet miesiące, ma pierwszeństwo w dostępie do Mamy, a przecież nie tylko ono potrzebuje tego kangurowania, kontaktu skóra do skóry.

Ja wiem, że my mamy gorzej. Bo poród. Bo karmienie piersią i wszystko, co z nim związane. Bo rozstępy. Bo wypadające włosy. Bo brak czasu na cokolwiek kiedykolwiek. Ale im też jest jednak trochę źle. Ciąża ciąży nierówna, to pewne. Ja jednak trochę temu mojemu Panu G. współczuję, bo ciężki ma żywot ostatnimi czasy…
Xoxo,
Mum

Już kopie!

Kopie, fika koziołki, rusza się od dawna… Od kiedy czuję Wiercipiętę? Od 14 tygodnia ciąży (sic!), czyli pięć tygodni wcześniej niż za pierwszym razem. Ale to nie koniec atrakcji… Od 15 tygodnia ciąży produkuję już mleko… Wiecie jak wyglądam, jeśli zapomnę założyć wkładek laktacyjnych, mam akurat cienką bluzkę a Jurek zacznie płakać? (Nic na moją produkcję mleka nie działa tak, jak płacz mojego dziecka…) Dwie mokre plamy w okolicach biustu nie wyglądają zbyt szykownie, tyle powiem. Co jeszcze (p)okazało się szybciej? Brzuch. Duży, ciążowy brzuch. W zimowej kurtce wyglądam jakbym spasła się ptasim mleczkiem (co zresztą ma w sobie ziarenko prawdy) lub inną śliwką w czekoladzie. Ratują mnie tylko mocno obcisłe koszulki, swetry i sukienki bo z przeżartej grubaski zmieniam się w ciężarną hot mamma…

Jest inaczej. Mam wrażenie, że szybciej i intensywniej momentami. Nie ma tyle czasu na odpoczynek co za pierwszym razem, bo obok rozrabia dwuletni gagatek. Jest to jednak moja decyzja, bo wolimy odwlec widmo przedszkola i wszystkich chorób, jakie Jerzyna przytaszczyłby do domu, najdalej jak się da… Plan A jest taki, żeby posłać Królewicza gdzieś od września, jeśli przejdziemy proces rekrutacji do przedszkoli z pozytywnym wynikiem. Planu B na razie nie ma. Może ze względu na druzgocąco mniejszą ilość wspomnianego już odpoczynku wciąż mam typowe dla I trymestru ciążowe dolegliwości. Zasłabnięcia i wymioty nie robią już u mnie w domu na nikim wrażenia. Co najwyżej dostanę naganę (delikatnie rzecz ujmując), że za mało piję wody lub powinnam wcześniej zjeść śniadanie.

Jest coś niesamowitego w drugiej ciąży. Chwile sam na sam z Jerzyną są teraz na wagę złota. To nic, że jesteśmy przecież razem cały czas. To nie ważne. To są nasze ostatnie miesiące w trójkę. Ostatnie tygodnie Jerzyny jedynaka. A z drugiej strony jest ta niecierpliwość żeby poznać to Maleństwo, które uwielbia podkopywać brata, gdy go utulam do snu… Szaleje słysząc radosne okrzyki Jerzyny wygłupiającego się z Tatą… Dobry to czas, ta druga ciąża.

Xoxo,
Mum

Kosmetyki w ciąży

Pomimo tego, że nosząc Jerzynę pod sercem ponad dwa lata temu, nabyłam drogą kupna duże ilości smarowideł i mleczek dla ciężarnych oraz nie zważając na fakt, że być może to one uchroniły mnie przed rozstępami- moja pielęgnacja kosmetyczna z tamtego okresu była niewypałem.

Porque Droga Koleżanko? Otóż moje wspaniałe kosmetyki z wszechobecnymi etykietami Mama/ For pregnant women/ Pregnancy i tym podobne, zawierały składniki przenikające przez łożysko- straight highway do Jerzynowego krwioobiegu. Well done Mama! Dodać do tego mój krem BB, tusz do rzęs i błyszczyk (nie umiem się malować- stąd oszczędność w środkach) i koktajl Mendelejewa dla Jerzynowego brzuszka jak ta lala.

No nie powiem, że było mi bądź, co bądź trochę nie do śmiechu, gdy pewnego dnia natknęłam się na blog srokao. Czytałam, czytałam i w zasadzie z każdym przeczytanym artykułem robiło mi się słabiej. Zweryfikowawszy swoje kosmetyki pod względem składników, które Sroka odradza (delikatnie rzecz mówiąc), okazało się, że karmimy się chemią nawet o tym nie wiedząc- a przecież długie miesiące (i wiele wpadek) zajęło mi wyeliminowanie takich świństw z naszego menu. Nie wiedziałam czym tłumaczyć Jurka zaognioną i suchą skórę, swój już nie młodzieńczy trądzik i te pogorszenia stanu paznokci, włosów… Odpowiedź przyszła sama.

źródło: http://themerrythought.com/diy/homemade-body-butter/
źródło: http://themerrythought.com/diy/homemade-body-butter/

Wyegzekwowałam w domu czystkę kosmetyczną i rozpoczęłam swoją odyseję po drogeriach stacjonarnych i online’owych, po aptekach, punktach z naturalnymi kosmetykami i tym podobnym. Mogę się pochwalić, że na efekty nie trzeba było długo czekać. Znalazłam świetne zastępstwa dla wszystkich tych paciek, pomad i kremów. Używamy mniej kosmetyków, wyglądamy zdrowiej i finansowo wychodzimy na tym lepiej.

Ale co z tą ciążową pielęgnacją? Nie wchodząc w szczegóły, bo po nie lepiej udać się na blog Sroki, korzystamy w kwestii mycia i oczyszczania: z mydeł z Ministerstwa Dobrego Mydła oraz z Mydlarni Świętego Franciszka (tych prowansalskich), oprócz tego savon noir, mydło z Aleppo 50%, glinka i szampony Alterry z Rossmanna. Nawilżamy: włosy maską z błota z Morza Martwego, ciało olejem kokosowym i olejem jojoba. Z kosmetyków kolorowych używam tuszu hipoalergicznego Bell (ale tylko opcji wodoodpornej) i błyszczyka Bell (też hipoalergicznego), pudru mineralnego Neauty i cieni z tejże firmy.

Polecam zapoznać się z wpisami Sroki będąc pod wpływem, trochę uśmierzy ból.

Xoxo,
Mum

Slow down again

Pisanie potrafi uzależnić. Nie tylko ze względu na skłonności grafomańskie, ale również, a może ze względu na, możliwość wypisania się. Wypowiedzenie na głos pewnych spraw sprawia, że okazują się mniej istotnymi, niż gdy pozostawały w sferze myśli. Napisanie o tychże… działa jak ongiś upuszczenie krwi. Bach i choroba znika.

źródło: https://1x.com/photo/37242/
źródło: https://1x.com/photo/37242/

Już jakiś czas temu pisałam o mojej fascynacji ruchem Slow. W zasadzie cały temat zaczęłam zgłębiać w szóstym miesiącu życia Jerzyny… Any clues? Rozszerzanie diety aka ekologiczne papki aka bio food aka wegetarianizm aka quality not quantity. I tak samo poszło. Wszystkiemu winny, jak zwykle więc, mężczyzna. Momentami było ciężko. Szalałam emocjonalnie i fizycznie klucząc pomiędzy tym, co znałam (i de facto w większości było shitem), a tym co chciałam poznać- ale wymagało ode mnie nie tylko poświęcenia większej ilości czasu (gotowanie, szukanie prpduktów, szukanie przepisów, czytanie metek i całe to mindfulness do którego chcąc nie chcąc się dociera), ale i większych środków finansowych (szczególnie w kwestii ciuchów).

Pare tygodni przed tym, jak dowiedziałam się, że Oops we did it again weszłam na kolejny poziom wtajemniczenia- zaczęłam interesować się składem kosmetyków. Szok i niedowierzanie to lekkie określenia tego, co przeżyłam przeglądając etykiety swoich, Grześkowych i Jerzynowych kosmetyków. Wywaliłam wszystko. Wszystko, co zawierało badziewne chemikalia, nie tylko w części kancerogenne ale i mocno uczulające (dodam, że większość z tych kosmetyków to były maści, mleczka, tusze, pudry i tak dalej przeznaczone dla alergików lub znanych francuskich marek). Po wywaleniu wszystkiego udałam się ciężkim krokiem na zakupy,by uzupełnić wyczyszczone półki łazienkowe.

Do czego zmierzam tą pokrętną drogą? Pielęgnacja w ciąży, a w zasadzie o czym nie wiedziałam, będąc w pierwszej ciąży, a o czym wiem już teraz. Żeby nie zanudzać o tym za chwilę.
Xoxo,
Mum

II trymestr

Młoda i głupia jestem (i byłam wiele razy). Zamiast czuć się starszą, mądrzejszą i choć trochę stetryczałą- ja na przekór młodnieję i głupieję zarazem.

Krótkie spódniczki mi w głowie, obcasy i umalowane usta. I szwędam się tak z tym moim Rumcajsem, bo Mąż w pracy, całą graciarnią, wózkiem i resorakami poupychanymi po kieszeniach z zajęć na zajęcia (no jednak nie w szpilkach rzecz jasna). Szwędam się i rozmyślam- jaki ten los przewrotny. Im mniej dokucza mi poranne witanie się z muszlą klozetową (mogę śmiało napisać, że pierwszy trymestr spędziłam z ryjkiem w tejże, toteż nigdy tak intensywnie nie dbałam o jej czystość)- może już się przyzwyczaiłam, i wiem, po czym robi mi się słabo (i jak postawić się później na nogi) tym mniejsze wrażenie to wszystko na mnie robi.

Wiem, że to druga ciąża, więc inaczej się ją przeżywa, tym bardziej mając obok rosłego i krzepkiego dwulatka (już prawie dwu i pół latka)… Mniej jest tego użalania się nad sobą, leżenia, unoszenia się dumą (chętniej przyjmuję pomoc…), zamartwiania jak to będzie i czy jeszcze kiedyś będę miała płaski brzuch- niż za pierwszym razem, a więcej myślenia o tym, jak niesamowitym jest moje ciało, że rośnie w nim kolejne życie i daj Boże po szczęśliwym porodzie jeszcze je wykarmi. Więcej jest poddania się fali, unoszenia na wodzie zgodnie z prądem, odpuszczania sobie i innym. Olewania.

źródło: http://www.lesparesseuses.com/2014/05/un-baby-bient%C3%B4t-deux-paresseuses-nous-racontent-tout-.html
źródło: http://www.lesparesseuses.com/2014/05/un-baby-bient%C3%B4t-deux-paresseuses-nous-racontent-tout-.html

Chodzę więc, w tym smogu, z moim Rumcajsem, z umalowanymi ustami, plasteliną za paznokciami, wielkim brzuchem i w mini spódniczce i cieszę się, że mogę (trochę jak za studenckich czasów) nie martwić się i korzystać z tego cudnego stanu, w jakim jestem.

Warto jeszcze wspomnieć o Kochanym Małżonku, któremu wyfiołkowana żona bardziej trafia do gustu, niż żona niewyfiołkowana. Prosta logika.
Xoxo,
Mum

Smog

Smog. Przykre to i straszne zarazem. Jedni panikują (high five!), drudzy … no właśnie? Deprecjonują jego wpływ? Olewają? Podchodzą racjonalnie?

Ja osobiście panikuję. Wczoraj już kupowałam mieszkanie w Trójmieście, maski antysmogowe, mierniki pyłowe do mieszkania, oczyszczacze powietrza i oczywiścię wesję pro apki wskazującej poziom smogu. Na szczęście nigdzie nie kliknęłam „kup teraz”, bo miałabym pewien drobny problem z pokryciem tych wszystkich kosztów. Alę fakt, że dziś już podchodzę do tego z zimniejszą krwią nie sprawia, że problem znika. A jak jest problem, to trzeba szukać na niego rady. Ja przynajmniej tak mam- bo moje podejście „co masz zrobić, zrób teraz, natychmiast”, które samoistnie u mnie podupadło krótko po urodzeniu Jerzyny, powróciło. Ze zdwojoną siłą, tak jakby. Zamierzam przemyśleć sprawę oczyszczacza powietrza i masek, szczególnie po dzisiejszym pojawieniu się z Jerzyną na zajęciach w Pociechach (znów chodzimy do ludzi!) i tym okropnym smaku dymu w ustach, który miałam przez całą drogę na miejsce. Coś polecacie?

Xoxo,
Mum